"Jestem trzykrotnym mistrzem Europy - miasto dało mi 300 zł stypendium" [WYWIAD] 

  • 19.11.2019, 12:30
  • DJ

Podziel się:

Oceń:

"Jestem trzykrotnym mistrzem Europy - miasto dało mi 300 zł stypendium" [WYWIAD] Fot. Michał Krawiec Łukasz Leś (z lewej) i Bartek Machnik (z prawej).
Rozmawiamy z Łukaszem Lesiem - trenerem Sukata Team Poland oraz trzykrotnym mistrzem Europy w brazylijskim jiu-jitsu, a także z Bartkiem Machnikiem - drugim trenerem Sukaty i czarnym pasem w tej dyscyplinie. Mielczanie przybliżyli nam sport jakim jest brazylijskie jiu jitsu, opowiedzieli o swoich początkach, a także o samym klubie. W tej beczce miodu jest jednak spora łyżeczka dziegciu - Łukasz opowiada o tym, jak w swojej ocenie został przez włodarzy i polityków niedoceniony.

DJ (Damian Jemioło): Czym jest brazylijskie jiu-jitsu (bjj)?

ŁL (Łukasz Leś): BJJ jest sportem kładącym nacisk na walkę w parterze [na ziemi - przypis red.], stworzonym przede wszystkim dla samoobrony. Jest to mieszanka tradycyjnego jiujitsu, judo oraz zapasów. Po prostu pewnego razu, dziesiątki lat temu Carlos Gracie zdecydował stworzyć styl dla ludzi, którzy nie mają wybitnych warunków fizycznych, aby poradzić sobie z kimś o wiele silniejszym. To oczywiście, bardzo ewoluowało przez wszystkie lata, doprowadzając bjj do stanu, w jakim jest teraz.

BM (Bartek Machnik): Zaczęło się to od Maeda Mitsuyo - japońskiego mistrza, który przyjechał do Brazylii i „sprzedał” część tradycyjnego jiujitsu. Sami Brazylijczycy zaczęli to mieszać i wykluczać techniki, które w ich ocenie były nieskuteczne, archaiczne. Później często organizowane były pokazowe walki osób ćwiczące różne style, aby zaprezentować, jak to wygląda.

ŁL: Właśnie przez to kiedyś Hélio Gracie zawalczył z Masahiko Kimurą – japońskim mistrzem judo, można powiedzieć – Brucem Lee tamtych czasów. Hélio złamał sobie rękę, ale ostatecznie wygrał starcie. To wyglądało jak stare kung fu filmy, tzn. szkoły udowadniały swoją wielkość. Największym dowodem, że bjj działało, to prowadzenie całej rodziny Gracie w Japonii i UFC. Udowadniali, że mężczyzna 70 parokilogramowy "zamiata ludzi" w klatce bez żadnych problemów – i wygrywa. Mnóstwo mistrzów MMA wywodzi się z brazylijskiego jiu-jitsu.

Resztę historii brazylijskiego jiu-jitsu oraz jego technik poznasz KLIKAJĄC TUTAJ

DJ: Jak się zaczęła Wasza przygoda z tym sportem?

ŁL: Pamiętam, jak mój sąsiad, kolega mojego brata z klasy przyniósł na kasecie VHS galę UFC. Wtedy zobaczyliśmy Gracie, jak zamiata wszystkich – pomyśleliśmy: „co to jest?”. Zaczęliśmy więc szukać tego w Internecie, miałem wtedy z 14, 15 lat. Trenowaliśmy na początku na dywanie, mieliśmy przez to poobdzierane kolana, dusiliśmy się, przewracaliśmy się. Robiliśmy to cały czas, bo wtedy nie było jeszcze miejsca w Mielcu, w którym można to ćwiczyć. Kiedy wyjechałem do Liverpoolu, okazało się, że to takie przewracanie się na dywanie z obdartymi kolanami, było na całkiem niezłym poziomie. Już na macie w Liverpoolu unaoczniło się, że też potrafię wygrywać.

BM: Łukasz namawiał mnie na treningi, ale zajmowałem się wtedy bardziej siłownią i fitnessem. Myślałem sobie: „nie będę przecież chodzić do szkoły z podbitymi oczami”. Łukasz wyjechał, a ja w końcu się przełamałem i postanowiłem spróbować. W Mielcu była wtedy grupka chłopaków, którzy trenowali bjj, taka pozostałość po Łukaszu - choć było to głównie MMA, ale robiliśmy tam też parter. Zacząłem się w to wkręcać, ale stwierdziłem, że stójka nie jest dla mnie, skupiłem się więc na parterze. On [parter - przypis red.] jednak ciągle się rozwijał, a my stale klepaliśmy te same rzeczy, nie było tutaj dostępu do wiedzy. Przypadkiem poznałem rzeszowianina, który był członkiem klubu „Dynamit Rzeszów”. Tam trenował klubowiczów bardzo dobry zawodnik – Maciej Kozak, rodowity rzeszowianin, choć mieszkający już wtedy w Krakowie. Wówczas zauważyłem tę różnicę – pomiędzy naszym mieleckim parterem amatorskim, a poziomem zawodniczym. Choć dawałem sobie radę. Zacząłem jeździć na treningi do Rzeszowa, i z czasem udało mi się to rozwinąć bardziej. Kupiliśmy matę do szkoły i zacząłem prowadzić zajęcia z samoobrony. W końcu zaczęliśmy trenować brazylijskie jiu-jitsu w Mielcu, na początku w dwie-trzy osoby. To doprowadziło do powstania klubu Grappling Mielec.

ŁL: Pamiętam, że wtedy czasem przyjeżdżałem z Anglii do chłopaków. Na początku nie mieli normalnej, zwykłej maty, tylko taką przeznaczoną dla akrobatów. Z filcem na zewnątrz. Działało to podobnie do dywanów – też zawsze zostawała skórka (śmiech). Okazywało się jednak, że takie chałupniczo-dywanowe jiu-jitsu jest naprawdę światowej klasy.

 

DJ: Jaką kto odgrywa rolę w klubie? Kto ma decydujący głos?

ŁL: Tutaj nie ma głosu, my jesteśmy przede wszystkim, jak rodzina. Jesteśmy przyjaciółmi. Nie ma tu decydującego głosu, ustalamy wszystko razem. Podzieliliśmy po prostu swoje obowiązki. Bartek ma genialne umiejętności, jeśli chodzi o przygotowanie dzieci i ich rozwój, zajmuje się też pomocą w stawianiu pierwszych kroków w bjj. Oczywiście, wspieram go jak mogę. Ja jednak prowadzę w dużej mierze grupę zawodniczą, choć Bartek też ma w tym swój udział. Oboje mamy inne spojrzenie na brazylijskie jiu-jitsu, a to nie przeszkadza, a wręcz pomaga. Ja jestem bardziej oldschoolowy, mam twardą grę. Bartek z kolei kocha „moredrn bjj”  jiu-jitsu. Jesteśmy jak yin i yang. Razem pasujemy do siebie i tworzymy coś wielkiego.

BM: Reszta klubu też ma głos. Pewne decyzje podejmowane są wspólnie na forum zawodników, choć każdy ma wstęp na tę bardziej zaawansowaną grupę. Spotykamy się też razem, często prywatnie. Tam też czasem zapadają jakieś decyzje.

ŁL: Zresztą, ja przez całą swoją karierę zawodową spędzałem więcej czasu z ludźmi z sali niż z własną rodziną. Teraz jest podobnie, choć mój synek też zaczął trenować. Widzę tego człowieka (wskazuje na Bratka) i zawodników czasami częściej niż mojego własnego synka, więc oprócz tego, że jesteśmy teamem sportowym, to jesteśmy rodziną.

 

DJ: Dlaczego klub nie nazywa się już Grappling Mielec?

BM: To wynikło z naturalnego przejścia pod rękę Sukaty. Nasza nazwa – Grappling Mielec, wynikała z tego, że podpięliśmy się wtedy pod Grappling Kraków. Maciej Kozak sprawował nad nami pieczę trenerską, bo ja byłem wtedy na niebieskim pasie [drugim z pięciu - przypis red.], więc moja wiedza była ograniczona. Ponieważ on był częścią Grappling Kraków, to my stworzyliśmy taką filię. Później, kiedy do Mielca wrócił Łukasz przeszliśmy pod jego pieczę, też dlatego, że był najwyższym pasem [czarnym - przypis red.] w tym mieście. Porozmawialiśmy z Maćkiem – nie miał z tym problemu, tym bardziej, że sam też zmienił klub, tworząc coś nowego. Naturalna kolej rzeczy, a skoro Łukasz był w klubie Sukata, to przeszliśmy pod niego. Czasami się oczywiście zdarza, że przy zmianie nazw i przejścia pod kogoś innego, pojawiają się podziały, odłamy, ale Mielec jest za małym miastem na takie coś. Nazwa to tylko nazwa, nikt tego źle nie odebrał, dalej się wspieramy.

ŁL: Zresztą, Maciek Kozak pierwszy raz zobaczył bjj dzięki mnie. Kiedy byłem na studiach w Rzeszowie, to prowadziłem mały klub brazylijskiego jiu-jitsu, aby sobie dorobić i Maciej jako 15-16 latek przyszedł do mnie i zobaczył bjj po raz pierwszy. Mamy do siebie szacunek, więc absolutnie nie miał nic przeciwko, że klub przeszedł pode mnie.

BM: Cały czas ze sobą współpracujemy. Przyjeżdżamy na międzyklubowe sparringi do Fenix Kraków [obecny klub Macieja Kozaka - przypis red.], drzwi są tam dla nas zawsze otwarte.

ŁL/BM: Zresztą, całe podkarpackie i małopolskie bjj współpracuje ze sobą. Jest nas aktualnie tylko 4 czarne pasy na całe województwo, w tym dwa w Mielcu.

 

DJ:  (Pytanie do Bartka): Skoro Łukasz dopiero niedawno wrócił do Polski, to kto Cię trenował?

BM: Jeździłem na seminaria z Maćkiem Kozakiem, przy okazji nagrywałem jego techniki, bo na to pozwalał. Później zawoziłem to do Mielca i trenowaliśmy razem z chłopakami. Przekazywałem to, co mogłem, bo wiedzę wtedy miałem ograniczoną. Przy okazji pojawiał się czasem Łukasz i pokazywał nam coś nowego. Dużo też korzystałem z Internetu, teraz jednak już wiem, co potrzebuję. Buduję swoje jiu-jitsu z tego ogromnego zasobu technik.

 

DJ:  (Pytanie do Łukasza): W Internecie można znaleźć wiele informacji na temat tego, że trenowałeś dawniej kung fu czy walczyłeś w MMA, dlaczego pozostałeś przy bjj?

ŁL: Długo prowadziłem karierę MMA, wyjechałem od razu po studiach do Anglii z propozycją podpisania kontraktu na sześć lat. Był to jeden z największych i najlepszych klubów na świecie. Dla takiego mielczanina jak ja to było, jak wygrana w Lotto. Zawsze byłem parterowym zawodnikiem, na 12 walk stoczonych w klatce – dziewięć wygrałem przez poddanie. Kochałem MMA, zwiedziłem cały świat, walczyłem w STRIKEFORCE, do dziś jako jedyny Polak w historii. Przez parę lat w polskim rankingu MMA byłem numerem jeden, ale przyszedł czas, że trzeba było zająć się tym, co się kocha. Przez dziewięć lat żyłem jak robot. Na sali mi mówiono, gdzie mam jeść, co mam jeść, pić, co trenować, kiedy, o której spać i jak długo… Nie mogłem pojechać na wakacje, bo może zaraz ktoś zadzwoni i będę walczyć. To nie było życie. Stwierdziłem, że kończę z MMA, dla większości zawodników to emerytura, ale ja po prostu rzuciłem to dla bjj. Tym bardziej, że w Anglii trenował mnie Mario Sukata, z którym się zaprzyjaźniłem.

 

DJ: Ile do tej pory klub przywiózł medali?

ŁL: Trudno to policzyć. Na półtora roku naszej działalności [pod nazwą Sukata Team Poland - przypis red.], to przywieźliśmy jakieś ponad 20 medali [stan na początek listopada, obecnie jest już więcej - przypis red.]. Po przyjeździe tutaj jestem jednak zadowolony z czegoś innego – chłopaki zaczęli być międzynarodowymi zawodnikami, tak jak ja. Nie tylko odnoszą sukcesy na mistrzostwach Polski, wiedzą, że jest teraz coś więcej. W końcu niedawno przywieźliśmy trzy medale z Mistrzostw Europy. Tu jednak nie chodzi o te medale, a o to, aby wyjeżdżać, poznawać nowe miejsca, ludzi. Ja zwiedziłem cały świat dzięki bjj. Pokazałem im, że tak można żyć i oni zaczynają to robić.

DJ

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korso.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Pozostałe