70 lat razem. Małżeństwo silne jak skała

  • 06.10.2019, 10:49
  • MW BW

Podziel się:

Oceń:

70 lat razem. Małżeństwo silne jak skała Fot.MW 70 lat razem.
Siedemdziesiąta rocznica ślubu nazywana jest kamienną. Pewnie dlatego, że takie małżeństwa są tak trwałe, tyle przeżyły, że są jak skała - niezmienne, solidne, nienaruszalne, prawie wieczne.

Siedemdziesięcioma latami w szczęśliwym związku małżeńskim mogą się pochwalić państwo Marianna i Mirosław Mikołajczykowie z Mielca. Choć oboje przywędrowali tutaj z odległych zakątków Polski, to tu narodziła się ich miłość, tu rodziły się dzieci i tutaj wciąż wędrują razem przez życie, ręka w rękę. Ale ich historia to nie tylko opowieść o małżeństwie, to eż świadectwo o trudnych czasach, w których przyszło im żyć.

Historia tej niezwykłej pary zaczęła się przed dziewięćdziesięciu czterema laty w stolicy Polski...

 

Chłopak z Warszawy

 

Pan Mirosław, zwany jednak Wojtkiem, pochodzi z Warszawy. Do Mielca trafił w 1939 roku, bo jego tata był tu delegowany rok wcześniej. Młody Wojtek został jeszcze rok w stolicy, żeby skończyć szkołę pod opieką babci. Po zakończeniu roku szkolnego dziadkowie wsadzili go do pociągu do Sandomierza i oddali pod opiekę konduktorowi, który przesadził małego Wojtka na pociąg do Mielca. A były akurat wakacje przed wybuchem wojny... - Po przyjeździe do Mielca zacząłem pracować na zakładzie, przyuczałem się, pomagałem... - wspomina pan Mirosław. -

Tu przyjeżdżali ludzie z całej Polski: Poznania, Śląska, Bydgoszczy...

A jak zaczęła się wojna, to pamiętam, że przyleciały dwa samoloty niemieckie. My, młodzi (mieliśmy po 14-15 lat) biegaliśmy po dachach domów, żeby zrobić wywiad, czy nie nadlatują. Niedługo zresztą wywieźli nas autobusami do Biłgoraja, tam był taki azyl dla Polaków. Z Biłgoraja nocą wozami konnymi Ukraińcy wywieźli nas na Ukrainę i tam w każdym gospodarstwie nas obsadzali. Byliśmy tam 3 tygodnie i było nam bardzo dobrze.  Jednak po rozpoczęciu wojny przez Rosjan wróciliśmy do Mielca. Gdy byliśmy nad Sanem, to wojska niemieckie były z jednej strony, a rosyjskie z drugiej, nadjeżdżali już czołgami... Wracaliśmy furmanką, a potem paśliśmy konia na łące, tu gdzie są teraz bloki.

 

Wojna wojną, ale życie codzienne musiało toczyć się jak zwykle.

Niemcy uruchomili fabrykę, wielu ludzi poszło tam do pracy. Pracował i pan Mirosław.

- Byłem w Mielcu aż do 1942 roku.  Potem Niemcy zebrali tych młodych chłopaków z zakładu (około 100 młodych chłopaków i kilku starszych), wszystkich z okolic - wylicza pan Mirosław.  - Spakowaliśmy się, powiedzieli nam, że na 2 miesiące na przyuczenie do Henkelwerg nas wysyłają. Pojechaliśmy aż pod Berlin. Zakład i baraki, gdzie mieszkaliśmy, były 6 km od Oranienburga, pod lasem. To były zakłady produkujące samoloty. Dali nam wytyczne, co każdy ma robić, Niemcy nam to dokładnie tłumaczyli. Myśleliśmy, że będziemy pracować góra 3 miesiące przy budowie dużego samolotu,  bombowca. Uczyliśmy się tam nitowania, montażu. Potem jednak Niemców zaczęto brać do wojska na wschodni front, bo ruszyli na Rosjan.

 

Dżentelmeni z baraków

 

- Kiedy skończyły się  3 miesiące, powiedzieliśmy, że jedziemy do domu - wspomina pan Mirosław. - Zabronili nam. I pracowaliśmy tam aż do wyzwolenia w 1945. Gdy front zaczął się ruszać na zachód, to już nie pracowaliśmy, tylko zastanawialiśmy się, jak dotrzeć do domu. Znaleźliśmy 3 samochody ciężarowe i do tych samochodów  zapakowaliśmy kolegów i koleżanki. (Bo 2 km od nas, w fabryce amunicji, pracowały dziewczyny z Łodzi. Jak do fabryki przybyli Rosjanie, to zaczęli koło tych dziewczyn chodzić, a mówiło się o nich, że gwałciciele. Wzięliśmy  więc 12 dziewczyn do siebie, do baraków. Daliśmy im 3 sztuby - pokoiki – po 10 łóżek każdy). Na szczęście w tej pracy nauczyłem się jeździć samochodem. Zapakowaliśmy się  więc i ruszyliśmy do Polski. Tam, na miejscu, zostawiliśmy kolegę, który tam zmarł. Dopiero wiele, wiele lat później razem z kolegami odbyliśmy podróż sentymentalną do tamtego miejsca, złożyliśmy wieniec na jego grobie... Dojechaliśmy nad Odrę, ale Rosjanie nam nie pozwolili przejechać przez most, bo twierdzili, że się zawali. Kazali nam wysiąść, że niby oni nam przejadą na drugą stronę. Zabrali nam te samochody z wszystkimi ładunkami... Całe szczęście, nikogo nie było w środku, ani dziewczyn, ani nikogo. Piechotą poszliśmy na pociąg. Nastroje były różne, jedni płakali, inni się cieszyli.

 

Droga do domu

 

Droga do domu pana Mirosława okazała się jednak bardzo kręta.

- Pojechałem do Poznania,  do przyjaciela, bo zaprosił mnie do siebie - tłumaczy pan Mirosław. - Później była Łódź, zajrzałem do dziewcząt. Potem chciałem zobaczyć, jak ta Warszawa wygląda. Najpierw spojrzałem na nią tak z daleka i nawet się zdziwiłem, co oni mówili, że Warszawa zniszczona? Ja widziałem, że  dachy są... Idę jednak dalej i wtedy przekonałem się, że domy spalone, okien nie ma, tylko te dachy... Idę dalej na ul. Twardą, bo siostra ojca tam mieszkała, a tu pół domu nie było...  No to poszedłem na Rakowiecką, poszukać krewnych, a tam nie ma budynku - a były 4 piętra. To już nigdzie nie szedłem dalej, tylko na Pragę pontonami przez Wisłę i z Pragi pociągiem do Lublina. Nikogo z rodziny nie spotkałem wtedy. Dopiero potem dowiedziałem się, że w tym dniu, kiedy tam byłem, był pogrzeb dziadka.  Do Tarnobrzega dojechałem pociągiem, a stamtąd na piechotę. Strzały słychać było, samoloty latały, pełno ulotek, bo to  ogłosili zakończenie wojny, dzień zwycięstwa. Po drodze wstąpiłem jeszcze do Chorzelowa, do kolegi, ale go nie zastałem, bo wrócił już na zachód. Z Chorzelowa do Mielca kawałek przejechałem się furmanką.  I tak się skończyła ta podróż.

 
Sprawiedliwość dla zdrajcy

 

Tam gdzie teraz jest Biedronka, wtedy była ogromna góra piaskowa, a krzyż był bliżej ulicy. Pan Mirosław miał zamiar wracać przez  tę górkę, ale w Chorzelowie go ostrzegli, że tam są miny. Rosjanie zresztą jej pilnowali.

Skąd jednak wziął się tam krzyż?

Niemcy gonili tamtędy partyzanta, a ludzie akurat szli do pracy do zakładu. Uciekinier wmieszał się w tłum, ale  jeden złapał go i przytrzymał. Partyzant co prawda się wyrwał, ale dobiegł tylko na górkę, a tam go Niemcy zabili. Później ciało wystawili i czekali, kto się do niego przyzna. Nikt się nie odważył. Na pamiątkę ten krzyż postawili. Ten, co go zatrzymał, też zapłacił. Niedługo wykonali na nim wyrok. Pan Mirosław wrócił w końcu do domu, choć nie przez górkę. Tydzień nic nie robił, a później poszedł do pracy. W Niemczech nauczył się jeździć samochodem, a w Mielcu była praca dla kierowców, tylko kierowców nie było.

- Półtora roku jeździłem i dostałem powołanie do wojska - wspomina pan Mirosław. - Chciałem iść do szkoły lotniczej do Zamościa (szkoła mechaników lotniczych). Nie  było jednak wyjścia, poszedłem w kamasze. Kiedy się dowiedzieli, że mam prawo jazdy, obywatel porucznik - tak kazał do siebie mówić - powiedział, że czekają na mnie samochody.  I tak dojechaliśmy do Szczecina. Jak zobaczyłem, gdzie jestem, to mi włosy dęba stanęły. 9 pułk czołgów! Mimo, że pisałem podania, żeby mnie puścili do  szkoły - nie pozwolili. Wróciłem z wojska po 3 latach. Potem zaczęła się moja praca z samolotami. Skończyłem technikum lotnicze w Mielcu. Najpierw poszedłem do aeroklubu, a potem pracowałem na starcie w WSK Mielec od 1948 do 1992 r.

- Jak się skończyła nauka, to zacząłem latać.  Zwiedziłem bardzo dużo świata: Francja, Jugosławia, Afryka, Anglia, to były państwa niekomunistyczne i nie dawali tak pozwoleń, ale mi jakoś ufali. Nisko się latało z opryskami, nad kukurydzą, bawełną - wspomina pan Mirosław.  - Latałem jako mechanik pokładowy, w sumie 45 tys. godzin wylatałem...

 
Dziewczyna ze wschodu

 

- Urodziłam się na Lubelszczyźnie, pochodzę spod Zamościa, ale gdy byłam małą dziewczynką,  przeprowadziliśmy się do Krasnegostawu  - wspomina pani Marianna.

Do Mielca przyjechała już po wojnie, w grudniu 1947 roku. O wszystkim, jak to zwykle bywa, zadecydował przypadek, a może tak chciał los? Pani Marianna podróżowała z rodzicami, bo jej mama pochodziła ze Ślaska i chciała jechać odwiedzić swoje rodzinne strony. Młodziutka Marianka pojechała z nimi, a po drodze zahaczyli o Mielec, bo tu mieszkał jej brat.

- Zostałam z nim - opowiada. - Przyzwyczaiłam się do tutejszego życia, choć często zdarzały się chwile tęsknoty za rodziną, przyjaciółmi...

W Krasnymstawie pani Marianna zostawiła swoją pasję, taniec w zespole ludowym.

- Lubiłam scenę i jak przyjechałam do Mielca, to grałam w "Masce". To pani Maria Kostecka założyła i prowadziła ten teatr. Teraz nosi on imię Ostrowskiego. Do dziś zadaję sobie pytanie, dlaczego on nie nazywa się teatrem Kosteckiej... Przecież dużo przyłożyła się do mieleckiej kultury!

 
Od znajomości do miłości

 

Jednak pani Marianna realizowała się nie tylko w teatrze. - Tańczyłam też w zespole, a dzięki temu mogłam trochę podróżować, wszystkie okoliczne wioski zwiedziłam. Tańczyłam przez wiele lat. Te występy to była dla nas rozrywka. Później jednak miałam coraz więcej pracy i naturalną koleją rzeczy z tego zrezygnowałam.

Taniec to jednak nie tylko pasja pani Marianny. To dzięki niemu poznała pana Mirosława.

- Z  mężem poznałam się w "piętnastce". Tam była taka świetlica i odbywały się  potańcówki. Tam też występowałam na scenie (domu kultury wtedy jeszcze nie było). Wojtek (bo takim imieniem wszyscy zwracają się do pana Mirosława) przyszedł na naszą próbę. Znajomi nas zapoznali. I tak się zaczęło - od znajomości do miłości, do rodziny. 3 lata po poznaniu wzięliśmy ślub - podsumowuje z uśmiechem pani Marianna. - Jak braliśmy ślub, to ja byłam przekonana, że mój narzeczony ma na imię Wojtek! A tu urzędnik czyta: Mirosław. A ja na to: "Gdzie jest Wojtek, co to za Mirosław? Koleżanki się śmiały ze mnie, że ja nie wiedziałam. Ale w  papiery mu nie zaglądałam... W tamtych czasach, jak ludzie  brali ślub, to dostawali książeczki zawarcia związku małżeńskiego. Jak ja zobaczyłam, ile tam jest kartek na wpisanie imion dzieci,  to się przeraziłam...
 Kobiety muszą się wspierać

 

Po wojnie pani Marianna pracowała jako kreślarka - jedyna kobieta wśród czternastu mężczyzn!  Jednak wkrótce po ślubie na świat przyszło pierwsze dziecko młodziutkiej pary.  - Nie było wtedy łatwo. Nie było żłobków ani opiekunek tak jak teraz, nawet wózków nie było - wylicza. - A tam, gdzie teraz są bloki na Kusocińskiego, to chodziliśmy z dziećmi się bawić, bo była tam zielona trawa.  Do pracy wróciłam dopiero w 1962 r. Na początku z powrotem na kreślarnię. Jak mnie zobaczył były kolega, który został po mnie kierownikiem, to bardzo się ucieszył i od razu chciał mnie włączyć do swojego zespołu. Ja się wzbraniałam, bo w międzyczasie skończyłam technikum ekonomiczne i miałam ambicję pracować w księgowości, ale skoro kierownik poprosił, to w kadrach przesunięto mnie do kreślarni.

Pani Marianna była jednak kimś, kogo dziś śmiało określilibyśmy jako "feministki". W tym dobrym sensie. Nie popracowała długo na kreślarni, rok zaledwie, bo nie było tam perspektyw rozwoju ani awansów. Ewidentnie faworyzowani byli mężczyźni, to oni dostawali podwyżki. A że pani Marianna uznała, że to nie z nią takie numery...

- Przenieśli mnie do księgowości, tam podwyżki już były, co prawda niezbyt wysokie, ale w tym dziale kobiety trochę bardziej były doceniane za swoją pracę.

 To jednak niejedyna funkcja pani Marianny. Pracowała w Lidze Kobiet, związkach zawodowych...

 - Starałam się pomagać kobietom, jeszcze do dzisiaj utrzymuję znajomości z niektórymi z nich. Kobiety znajdowały się w różnych sytuacjach i po ludzku trzeba było im pomoc, ulżyć - tłumaczy pani Marianna.

 
Recepta na szczęście

 

Zapytaliśmy szacownych małżonków, jak ze sobą wytrwali te 70 lat?

 - Po prostu, ważne jest, żeby jedno drugiego rozumiało, szanowało, pomagało sobie nawzajem w życiu - podsuwa receptę pani Marianna. - A  mężczyzna musi się dobrze prowadzić! Nie pić wódki, nie palić! Można wypić, ale z umiarem! Dobranie się to jest druga sprawa, ale to zawsze można się dotrzeć.

Państwo Mikołajczykowie mają dwie córki, wnuki, prawnuki... Teraz czekają na praprawnuki.

MW BW

Komentarze (2)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korso.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.
Mateo
Mateo 31.10.2019, 14:48
Wspaniała para, dużo zdrowia i szczęścia :) My z żonką już jesteśmy 20 lat razem, posyłam jej bez okazji bukiety pocztą kwiatową, ona mi robi mój ulubiony tort bezowy. Szczęście składa się z małych rzeczy.
Fronia
Fronia 10.10.2019, 16:36
Bardzo fajna opowieść prawdziwa życzę panstwu 100lat albo i wiecej ..

Pozostałe