Ruskie kradli! Wspomnienia świadka wojny

  • 28.09.2019, 17:11 (aktualizacja 28.09.2019, 20:50)
  • BW/MW

Podziel się:

Oceń:

Ruskie kradli! Wspomnienia świadka wojny fot. MW Rodzice pana Stanisława pobrali się w Ameryce.
Naszego bohatera, pana Stanisława, można słuchać godzinami. Jego wspominki z czasów wojny nie mają końca. A sposób, w jaki opowiada, zachęca słuchacza do wtopienia się w fotel i wytężenia słuchu...

Rodzice pana Stanisława poznali się i pobrali w Ameryce. Tam też na świat przyszedł ich pierwszy syn, Wojtek. Niedługo jednak rodzina Skrzypków pozostała w Stanach. Na początku XX wieku wrócili do Zarównia, na ojcowiznę, gdzie mieszkała jeszcze babka pana Stanisława.  Mały Staś był prawie najmłodszy z dziesięciorga rodzeństwa, czterech dziewczynek i sześciu chłopców, tylko jeden braciszek był od niego młodszy.  

 
Dolarowy interes

 

- Tam, gdzie mieszkaliśmy, po sąsiedzku gospodarz z Padwi sprzedawał coś koło dwóch mórg pola - wspomina przedwojenne lata pan Stanisław. - A że to było miedza przy miedzy, rodzice chcieli je kupić. Mieli dać za nie dolary i wzięli na to pożyczkę w banku. Jak je pożyczali, to dolary stały po 9 złotych.  Jednak za parę miesięcy dolary staniały na pięć złotych. A rodzice musieli oddać jeszcze po starej stawce.... A jak brat - ten który urodził się na obczyźnie - wrócił do Ameryki i przesyłał dolary, to rodzice wymienili je nie na dziewięć, ale na pięć złotych. Musieli więc sporo dołożyć.  

 
Pociągiem na gapę

A czasy nie były wcale łatwe.

- W tamtych czasach bilet kolejowy z Padwi do Mielca kosztował 1,10 zł. A kosiarz zarobił niecałą złotówkę, jak kosił cały dzień. Takie to były pieniądze - wzdycha pan Stanisław. - Pierwszy raz jechałem pociągiem, jak chodziłem do szkoły do Padwi. Wtedy też pierwszy raz widziałem samochód, jakiegoś wysokiego urzędnika z powiatu. Bardzo chciałem się przejechać pociągiem, ale skąd miałem wziąć na bilet?

 

Jajko kosztowało 3 grosze, to uzbierać taką sumę  nie było łatwo. Do tego zawsze nas straszyli, że jak pociąg jedzie, to trzeba uciekać, bo przyciąga. Jednak raz po szkole poszedłem na przystanek w Padwi, zobaczyłem, że konduktor wsiadł do pierwszego wagonu, więc wskoczyłem do jakiegoś innego. Przejechałem się do Jaślan, tak ze 4 kilometry.  Musiałem potem wracać siedem kilometrów do domu na piechotę, no ale się przejechałem.

 

A nikt inny się nie przejechał, bo nie było go stać. Potem jechałem jeszcze pociągiem, jak się chciałem dostać do Junaków, hufców pracy, bo tam uczyli zawodu. Musiałem dołożyć zdjęcie do podania, a z mojej wioski dużo osób, w tym mój brat, dojeżdżało codziennie do Mielca do pracy na bilecie miesięcznym, to mnie namówili, żebym pojechał na gapę. Konduktor chodził po pociągu, sprawdzał bilety, ale ja siedziałem... pod ławką. Koledzy zastawili mnie kolanami i konduktor mnie nie przyłapał, ale wyszedłem stamtąd ubrudzony jak nieboskie stworzenie.

 
Młody stolarz

Po skończeniu siódmej klasy pan Stanisław zaczął się kształcić na stolarza.

- Robiłem nawet politurę, choć dzisiejsi stolarze nie wiedzą już, co to jest. Politurowałem meble, szafy. Robiło się to za pomocą płatków szelaku i spirytusu, malowało się tym mebel i jeździło gałgankiem dzień, drugi, polerowało, aż powierzchnia była gładka i lśniła jak lustro - wspomina swoje nauki pan Stanisław.  

Nauka ta przydała się potem w czasie wojny,  w junakach. Pracowało tam kilku starszych stolarzy, a młody wtedy Staś im pomagał.

- Wojska niemieckiego było koło tysiąca - wspomina pan Stanisław. - To było co robić, naprawiało się im szafy, stoły, łóżka...   

 
Przyjaciel czy wróg?

 

Choć to Niemcy byli wrogami, a Rosjanie sprzymierzeńcami, to różnie to bywało w życiu codziennym.

- Niemcy jak to Niemcy, dobre wojsko z nich było - mówi pan Stanisław. - Znałem  ich dobrze, bo Niemiec mieszkał u mnie w domu, pełno ich też było w powiecie mieleckim. Przy Niemcu można było położyć na stole pieniądze, zegarek - nie ruszył. Jak Rosjanie przyszli, to uciekliśmy do lasu. Rosjanie wtedy ukradli mi zegarek, miałem taki na rękę, a do lasu go nie zabrałem. A Rosjanie, nie dość, że zegarek, to jeszcze miałem wody kolońskie na nakastliku, rozbili, wydarli, wzięli... Buteleczkę wódki... - nie może odżałować pan Stanisław.

 

- A był taki wypadek, jak Niemcy przyszli w 1939.  Mój starszy brat zachorował. Strasznie go brzuch bolał, a tu ani lekarza, ani nic... Mama pojechała z nim do Padwi, 3 kilometry furmanką i poprosiła Niemców o pomoc. Ci Niemcy, chociaż wrogowie, wzięli mojego brata z wozu i zawieźli wojskowym ciężarowym samochodem do szpitala do Tarnobrzega. Jak tylko dojechali, wzięli brata na stół operacyjny. Miał pękniętą ślepą kiszkę. Jakby Niemcy nie dali samochodu, to furmanką jechałby blisko trzy godziny i pewnie by go nie uratowali. Niemcy go zawieźli, a Rusiny by tego nie zrobiły. Nie zrobiłyby za diabła - podkreśla pan Stanisław. - A Niemcy, mimo że wrogowie, zrobili to. Tacy byli.

 
Ludzie z lasu

 

W czasie wojny nie zabrakło też swoich, których trzeba było się bać. W lesie działały wtedy bandy, o których jedni mówili, że to partyzantka, a drudzy - że bandyci.

- Chodzili nocami, kradli, bili, pili. Już kiedy byliśmy w lesie, kiedy szedł front, to zarżnęli leśniczemu byka - dopowiada pani Janina, żona pana Stanisława.  - Przyszli do mamy, żeby im chleba dała, a myśmy chleb pochowali, spałyśmy na nim w takim szałasie, żeby nam wszystek nie zabrali... Za Niemców była bieda, strach był i każdy drżał. Moją siostrę wsadzili do pieca, jak usłyszeli, że Niemcy przyjadą na łapankę. Ja pobiegłam do sąsiadów, ostrzec ich, a siostrę wsadzili do pieca chlebowego, żeby jej nie wzięli. Niedługo się zresztą ten piec ostał, bo kiedy byliśmy w lesie, a tata przekradł się do domu, żeby zabrać kaszę, to spadła bomba, i z domu został tylko dół.  Za Rosjan nie było lepiej, bo kradli, dziewczyny bardzo się bały, bo gwałcili...

 

- Młodzież w czasie wojny przede wszystkim się bała - wtóruje jej pan Stanisław. - Żeby nie zabrali na roboty do Niemiec.  Mojego kolegi, z którym chodziłem codziennie do szkoły do Padwi i który mieszkał ode mnie może z 50 metrów, tata umarł w czasie wojny. To nawet na pogrzeb nie poszedłem, bo się bałem, żeby mnie Niemcy nie złapali. Mój starszy brat był na robotach, ale w Austrii. Tam też zachorował na ślepą kiszkę. Jego gospodarz dał mu miesięczny urlop, żeby mógł przyjechać, poleczyć się. Ale już tam nie powrócił, został w Polsce. 

 
Początki za wielką wodą

 

Rodzice pana Stanisława poznali się w Ameryce. Obydwoje byli Polakami. Do kraju wrócili koło 1906 roku. Jak mówi pan Stanisław: - Najwidoczniej nie było tam tak kolorowo, skoro zmuszeni byli tu przyjechać. Gdy wracali, matka taty jeszcze żyła, więc mieli do kogo wrócić. Dostali część ojcowizny i na niej prowadzili życie codzienne. Za wielką wodą pozostał brat taty i tam założył rodzinę. Nigdy do kraju nie powrócił.

 

Najstarszy brat pana Stanisława urodził się w Ameryce, wrócił do kraju z rodzicami, jednak nie odnalazł tu swojego miejsca i gdy tylko uzyskał pełnoletność, wyjechał z powrotem za ocean, koło 1925 roku.

 
Tischner na kolacji

 

Wujek pana Stanisława osiadł się w Ameryce i tam założył rodzinę. Miał między innymi córkę - Franię, kuzynkę naszego rozmówcy. Znała bardzo dobrze angielski, pracowała u złotnika pochodzącego z Warszawy. Pomagała mu w sprzedaży i w prowadzeniu zakładu. Zdarzyło się też tak, że prowadziła interesy z biskupem Adamem Śmigielskim. Podczas jego obecności w Ameryce zaprzyjaźnili się i pomagali sobie w trudnych chwilach.

 

W trakcie jednych z odwiedzin kuzynki Frani w Polsce żona pana Stanisława wybrała się z nią do Krakowa, do seminarium, odwiedzić biskupa. Czas płynął szybko, a wspominek nie było widać końca. Gdy zmierzch się już zbliżał, gospodarz kazał księdzu Tischnerowi panie odwieźć bezpiecznie do domu do Mielca. Tym sposobem ksiądz Józef Tischner zasiadał u pana Stanisława w salonie i jadł z nim kolację.

 

Kończąc swoje opowieści, nasz bohater mówi: - To stare, zapomniane dzieje, wszyscy koledzy poumierali, raz było lepiej, raz gorzej. Nie pozwólmy, aby wraz z odejściem najstarszych świadków wojny odeszła również pamięć o nich. Doceńmy to, że jeszcze mamy kogo zapytać, jak się żyło za Niemca, a jak za Ruska...

BW/MW

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korso.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Pozostałe