"17 września 1939 Związek Radziecki wbił Polsce nóż w plecy". Wspomnienia o wojnie

  • 19.09.2019, 10:24 (aktualizacja 19.09.2019, 10:37)
  • T.Lenartowicz/mw

Podziel się:

Oceń:

"17 września 1939 Związek Radziecki wbił Polsce nóż w plecy". Wspomnienia o wojnie Fot. T. Lenartowicz Zdjęcie z zakończenia 7 klasy 19.7.1942. Markulis, Szewcówna, Poznańska Hela, Grębosz Julek, Pluskwa (Nisowski) Józef, Błachowicz Józef, Olszewska Irka, kierownik szkoły Lotz Wilhelm, Bukowy Czesław, Jarosz Łucja, Tęcza Mieczysław, Kosiński Stanisław, Lenartowicz Teofil, Szteliga Edward, Walerianówn
Teofil Lenartowicz wspomina czasy napaści Rosji Radzieckiej na Polskę.

Pewnego dnia spalił się nasz dom. Stało się to jesienią, 12. 11.1939, a więc 2 miesiące po napaści Niemców na nasz kraj. Jak z powyższego wynika, nieszczęścia od samego początku nie omijały nas.

Siedzieliśmy wieczorem w kuchni, kiedy Mama poszła z lampą do stajni. W trakcie rozmowy usłyszeliśmy lekkie, trzykrotne zapukanie w okno. Zdziwiło nas to, gdyż wszyscy byliśmy w domu, a wokół domu panowała wieczorna cisza i spokój. Ojciec zaciekawiony wyszedł przed dom, obszedł go wokół, a nie spotkawszy nikogo wrócił do mieszkania. Powiedział.

--- Może przechodził sąsiad Mitek i dla żartów zapukał w okno.

Kiedy po chwili rozmowa ponownie się zawiązała, leciutkie zapukanie ponowiło się. Ojciec wyjrzał przez szybę w oknie, a nie zobaczywszy nikogo zaniepokoił się na dobre. Rozmowa już nie kleiła się i nie upłynęło więcej jak kilkanaście minut, kiedy usłyszeliśmy krzyk Mamy dochodzący ze stajni.

--- Pali się!

 Gdy wybiegliśmy z kuchni ogień był już na dachu. Na strychu było pełno słomy, a dach był kryty strzechą, więc ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Ojcu udało się wy­prowadzić krowę, zlecieli się sąsiedzi i przyjechała straż pożarna. Uratowali meble i większość rzeczy. Zostały ściany domu i komin. Ściany nie spaliły się, gdyż na strychu powała wyklejona była gliną, więc ogień nie poszedł do wnętrza domu. Spaliły się gołębie, które mieliśmy w gołębniku. Przestraszone wyleciały z gołębnika, zato­czyły krąg i pofrunęły prosto w ogień. Był to makabryczny widok. Spaliła się moja ukochana kawka Kasia. Ze wszystkiego najwięcej jej nie mogłem odża­łować. Przy ratowaniu dobytku Ojciec poparzył sobie ręce. Byliśmy załama­ni i zrozpaczeni. Zostaliśmy bez środków do życia, bo wszystko się spaliło. Uratowaliśmy tylko krówkę i meble w mieszkaniu.

Pożar powstał od lampy, bo kiedy Mama nachyliła się w stajni nad prosiaczkiem, to przez nieuwagę źdźbło słomy weszło do lampy i płomyk wymknął się i pobiegł do góry, gdzie było pełno suchej słomy. Słoma w mgnieniu oka zapaliła się i prawie natychmiast pożar ogarnął cały dom.

Ojciec chciał abyśmy zamieszkali z jego ciocią Pauliną Kruk Lenartowicz. Mieszkała ona po sąsiedzku, w drugim bliźniaczym domu podobnym do naszego. Była bezdzietną wdową, mieszkała samotnie, ale stara osiemdziesięcioletnia kobieta tak kochała spokój, że niezbyt chętnie zgadzała się na to. Zamieszkaliśmy w opuszczonym domu na Woli. Był on 1-wszym domem po lewej stronie zaraz od rynku i był własnością Sadowskich, naszych dalszych krewnych mieszkających w Mielcu. Krówkę umieściliśmy po sąsiedzku w rynku na tzw. Brzostówce, gdzie Ojciec wynajął wolną stajenkę. Ta krówka była teraz jedynym źródłem naszego utrzymania. Ojciec miał emeryturę, ale Niemcy wypłacali z niej marne gro­sze. Z oszczędności na książeczkach P.K.O. nie można było korzystać, więc było tragicznie. Musiałem pomagać rodzicom, więc chodząc wśród Niemców zbierałem pety, z których robiliśmy w tutkach papie­rosy. Nie latała już za mną kawka, która chętnie  ze mną przebywała. Ojciec chodząc po wsiach sprzedawał chłopom te papierosy. Był to handel zamienny, gdyż chłopi nie mieli pieniędzy, a palić im się chciało. Przeważnie zdobywał Ojciec w ten sposób jajka.

Wracając do wieczoru, podczas którego nastąpił pożar to przekonani byliśmy, że pukanie, które wszyscy w kuchni słyszeliśmy było ostrzeżeniem Opatrzności przed tym, co miało nastąpić. Można w to wierzyć, lub nie, ale fakt był faktem. Ojciec wierzył w sny, zapisywał je w swoim pamiętniku i potrafił tłumaczyć. Potrafił wracać nawet po kilku latach do jakiegoś snu przypisując go zaistniałym faktom. Ja nie wierzę w sny, ale niektóre rzeczy wyśnione w dorosłym życiu były tak dziwne, że miałem wątpliwości czy to był tylko sen. Często zastanawiałem się nad tym, gdyż niektóre fakty nie mogły mi się wyśnić, bo nie było ich w mojej świadomości. Bywało i tak, że podczas snu doznawałem jakby olśnienia i to, czego nie rozumiałem poprzednio stawało się dla mnie jaśniejsze, bo przykładałem do tego inny punkt widzenia.

Jakieś fatum wisiało nad naszą ulicą, bo po kilku miesiącach 6.3.1940, spalił się dom najbliższego naszego sąsiada Władka Bukowego. Jego matka piekła chleb w piecu chlebowym i od tego zapaliła się słoma na strychu i cały dom się spalił. Na szczęście Bukowy miał już w budowie nowy dom po przeciwnej stronie swojego sadu.

Seria nieszczęść dotykających naszą rodzinę trwała dalej. Pewnego wiosennego dnia 26.V.1940 roku wpadło do nas Gestapo z Mielca. Zrewidowali dom. Przewrócili wszystko do góry nogami i znaleźli radio. Radia też nie wolno było mieć. Gdyby zrobiono listę tego, co było wolno i tego, co nie było wolno, to lista tego, co było wolno, byłaby bardzo krótka. Radio, które znaleźli, było to radio przywiezione z Katowic. To lampowe radio było zasilane prądem z sieci i wiadomo było, że nie mogło być u nas używane, bo nie było w Przecławiu prądu. Radia też nie wolno było słuchać. Zabrali Ojca razem z radiem na Gestapo do Mielca. Aresztowali wówczas Władka Bukowego i Zygmunta Witkowskiego naszych sąsiadów. Wrócili oni następnego dnia do domu. Tatusia obciążał fakt, że nie oddał radia, gdy ogłaszali żeby radia zdawać.
Mój Ojciec Stanisław Lenartowicz

 

Przyczyny powodujące aresztowanie, Ojciec opisał w swoim pamiętniku, a było to tak. Jeden z sąsiadów ukradł Władkowi Bukowemu rower, co ten zgłosił na policji. Policja dokonując rewizji, znalazła rower u niego, odebrała go i oddała Bukowemu. Kiedy nasz dom się spalił, przez kilka dni radio wraz z innymi naszymi rzeczami leżało u Bukowego. Radio widział tenże sąsiad i ze złości doniósł Niemcom, że Bukowy ma radio. Kiedy przyjechało Gestapo Bukowy powiedział, że radio jest własnością naszego Ojca. W ten sposób wszystkich trzech zamknięto. Tatuś po 5 miesiącach więzienia na Gestapo wrócił do domu. Radość z tego powodu była ogromna. Nie trzeba przypominać, co znaczy być więzionym przez Gestapo. Więźniów tam w nieludzki sposób torturowano. Nie słyszałem jednak, aby po powrocie z Gestapo Ojciec się skarżył. Całe szczęście, że był to dopiero początek okupacji i dlatego jeszcze się to Ojcu upiekło.

Pragnę wrócić jeszcze do spalonego domu. Ojciec zgłosił w P.Z U. spalenie domu, aby dostać odszkodowanie. Nie uległy spaleniu ściany, okna i drzwi. W całości stał również komin. Ojciec komin zburzył, a drzwi i okna pozdejmował i pochował. Wkrótce wyjaśniło się, dlaczego tak zrobił. Po kilku dniach przyszła komisja do oszacowania strat. Na pogorzelisku zapytali Ojca czy komin spadł od ognia. Ponieważ Ojciec nie dosłyszał, stojąc z boku powiedziałem.

— Nie, Tatuś przedwczoraj go rozwalił!

Popatrzyli oni po sobie, a ja dopiero wtedy zorientowałem się, jaką popełniłem gafę. Chodziło o to, że w wyniku obalonego komina od pożaru należało się wyższe odszkodowanie. Natychmiast uciekłem, bo wiedziałem co się święci. Gdy późno wieczorem wróciłem do domu nie dostałem już lania. Gorsza jednak od lania była świadomość popełnionego zła.

Wychowywany byłem, że kłamstwo jest wielkim grzechem i trzeba się z tego spowiadać. Miałem z tym jako dziecko dylemat. Podejrzałem w pamiętniku u siostry czyjś wpis, którego część cytuję: Za prawdę szczęście cię wielkie czeka, lecz jeśli prawdą masz zgubić człowieka, to wtedy kłam. Przez wiele dziecięcych lat nie mogłem sobie z tym poradzić, a i teraz brzydzę się kłamstwem.

Seria niepowodzeń w naszej rodzinie trwała dalej. W grudniu 1940 roku Mama chciała siekierą przerąbać drewno i tak niefortunnie to zrobiła, że zamiast trafić siekierą w drewno to trafiła we wskazujący palec. Palec prawie trzymał się na skórce. Kiedy to zobaczyłem mało, że nie zemdlałem. Lekarz zabandażował to, usztywniając łupką i tak się zrosło. Od tej pory wskazujący palec Mama miała sztywny.

Z miesiąca na miesiąc żyło się nam coraz trudniej. Mieliśmy daleko od domu pole i ogród. Do krówki musieliśmy chodzić do stajni na „Brzostówkę” w rynku. Mieliśmy znów kury, ale nie było mojej biednej kawki Kasi. Kasia ta często śniła mi się w nocy, że siedziała na moim ramieniu i dzióbała mnie po zębach, a ja przymykałem oczy, aby nie dzióbnęła mnie w oko. Później śniła mi się coraz rzadziej, aż całkiem przestała. Gdy jednego razu zapytałem Mamę, dlaczego Kasia przestała mi się śnić, dostałem odpowiedź, że Kasi duszyczka odfrunęła do nieba już tak daleko, że nie może wrócić. Wierzyłem w to i cieszyłem się, że jak kiedyś umrę i pójdę do nieba to znów swoją kochaną kawkę Kasię zobaczę.

 Pomimo nieszczęść wielu rodzinom żyło się jeszcze trudniej niż nam, gdyż mieliśmy więcej środków pieniężnych. Z pieniędzy pochodzących z PZU za spalony dom, Ojciec kupił towar i utworzył coś w rodzaju sklepu. Mieliśmy obecnie dobry punkt handlowy, bo mieszkaliśmy prawie w rynku. Początkowo, kiedy jeszcze były pieniądze i można było dostać towar, to jakiś dochód, chociaż niewielki,  był z tego. Poza tym Ojciec chodził po wsiach sprzedając i kupując różne rzeczy w zależności od możliwości i potrzeb. Kupował na wsi artykuły żywnościowe takie jak jaja, mięso, masło i inne. Następnie zawoził do Krakowa, lub innych miast i tam z zyskiem sprzedawał. Zapisał to Ojciec w swoim „Pamiętniku”

Później było jeszcze gorzej, bo nawet niewiele pomagało mieć pieniądze, gdyż w skle­pach nie było towarów. Nie było ich po prostu skąd wziąć. Nie wiem jak żyli ludzie w mieście, chyba było im jeszcze trudniej. Nie było artykułów takich cukier, sól, kawa zbożowa, odzież czy obuwie. Kawę słodziło się melasą wyrabianą prymitywnie z buraków cukrowych, albo słodziło się sacharyną. Zbierałem żołędzie, które się obierało z łuski, następnie kroiło i suszyło. Upalało się to na blasze pieca i mieliło w młynku do kawy. W ten sposób uzyskana kawa miała całkiem przyjemny aromat i smakiem niewiele różniła się od kawy zbożowej. Najbardziej nie mogłem przyzwyczaić się do picia kawy z sacha­ryną. Pamiętam dzień, kiedy nie wiadomo skąd Ojciec przyniósł do domu odrobinę cukru. Nigdy nie zapomnę wspaniałego smaku kawy z żołędzi posło­dzonej cukrem. Wydawało mi się, że mam niebo w ustach, tak ta kawa z cukrem mi smakowała. Później, gdy nam się wydarła odzież i obuwie było jeszcze gorzej. Mamusia kołnierzyki koszul nicowała nam na drugą stronę. Miała więc dodatkową pracę, której i tak jej nie brakowało.

Nie mogłem przy­zwyczaić się do chodzenia w drewniakach. Zimą śnieg podbijał się pod drewnianą podeszwę i chodziło się jak na szczudłach. Latem można było chodzić boso i tak się chodziło, bo było to wygodniejsze niż drewniaki. Od dłuższego czasu nie jedliśmy chleba, tylko same placki pieczone z mąki i ziemniaków. Nie mieliśmy zboża, żaren do jego zmielenia, bo się spaliły, ani też pieca chlebowego. Placki z mieszaniny ziemniaków i mąki żytniej wychodziły mi już bokiem. Tego przez dłuższy czas nie można było jeść.

Dom, w którym zamieszkaliśmy na Woli był parterowym domem. Zajmowaliśmy połowę tego domu, do której to połowy należał pokój i duża kuchnia. Zimno i wilgo­tno było w tym domu, gdyż w jego piwnicy stała ciągle woda. Okna i drzwi były kompletnie nieszczelne. Przez jakiś czas mieszkaliśmy tam sami, ale po jakimś czasie do drugiej połowy domu wprowadzili się Żydzi. Nie byli to Żydzi przecławscy, lecz jacyś przyjezdni. Była to duża kilku pokoleniowa rodzina składająca się z ponad 10 osób.

Żydzi stanowili środowisko szczelnie zamknięte w sobie. Nie dopuszczali do siebie innych i dlatego nie przyjaźniliśmy się z nimi. Nie było w tym domu wody, którą trzeba było nosić z daleka. Było to dodatkowe utrudnienie dla naszych Rodziców. Jeszcze większe było dla naszych Żydowskich sąsiadów, którym religia zabraniała pić wodę trefną taką jak my piliśmy, oni musieli pić wodę koszerną. Żydek nasz sąsiad starszy ode mnie o 5 lat, niósł taką koszerną wodę do domu. Spotkałem go kilkadziesiąt metrów od domu i nie wiadomo co mi strzeliło do głowy, że naplułem mu do wiadra z wodą. Żyd jakby dostał jakiejś wścieklizny zaczął mnie z niesamowitą pasją gonić. Robiłem przeróżne młyńce i uniki, żeby nie dać się złapać, ale ten Żyd nie dawał za wygraną. Wpadłem wreszcie do naszego domu i miesz­kania, a Żyd za mną. Dobrze, że siostra była wtedy w domu, bo ten Żyd zabiłby mnie ze złości.

Analizując to i poprzednie wydarzenie z ukrzyżowaniem Żyda nie mogę zrozumieć, co właściwie zdecydowało, że w danej chwili tak postą­piłem. Przecież współczułem tym Żydom widząc jak Niemcy ich gnębią. Nie słyszałem też, aby rodzice źle wyrażali się o Żydach, a jednak tak robiłem. Może ulegało się ogólnym hecom i żartom, które Żydom się wyrzą­dzało. Dla takiej hecy wywróciliśmy raz Żyda razem z wychodkiem, który stał na wysokim zboczu przy rynku do strumyka Słowik. Zobaczyliśmy z chłopakami, że Żyd wszedł do wychodka. Wystarczyło, że jeden z nas dał sygnał i już to zrobiliśmy. O mało Żyd nie zabił się spadając z tym wychodkiem. Skarpa do Słowika była bardzo stroma i wysoka. Żyd lecąc wrzeszczał.

—    Zabili mnie, zabili na śmierć. Aj waj, aj waj!!!

Nas to oczywiście bardzo bawiło. Innym razem, a było to dużo wcześniej, Żyd w okiennicy okna miał małe okienko. Ponieważ miał sklep, więc gdy się wieczorem zapukało w okienko to Żyd otwierał, pytał się, co się chce kupić, a następnie wystawiał rękę, żeby najpierw zainkasować pieniądze. Na taką wystawioną rękę Żyd zainkasował całe krowie łajno.

Myślę, że było to uleganie ogólnym panującym tendencjom, że Żydzi byli śmieszni, bo śmiesznie mówili i śmiesznie się ubierali. Poza tym żerowali oni na tej biednej wiejskiej ludności, która to, co miała musiała zanieść i sprzedać Żydowi. Jeśli mówi się obecnie, że Żydzi byli biedni w tamtych czasach, to jest to tylko połowa prawdy. W małych miasteczkach żyli Żydzi biedni, ale biedniejsi od Żydów byli chłopi pracujący ciężko na roli. To nie chłop wykorzystywał pracę Żyda tylko odwrotnie Żyd wykorzystywał chłopa. Chłop czując się pokrzywdzony, mógł czuć nienawiść podobną do tej, jaką czuł za pańszczyźnianych czasów do swego pana.

Od dawna wiadomo już było, że Niemcy Polskę zagarnęli wspólnie z Sowietami. Wiele na ten temat się mówiło, a w naszym domu tym więcej, że martwiliśmy się o wujka Heńka. Pracował w policji na samych wschodnich kresach, więc sądziliśmy, że Sowieci zgarnęli go w 1-szej kolej­ności. Martwiliśmy się, a rodzice zastanawiali się rozważając warianty, żyje czy jest w niewoli. Jedno z tych dwu wariantów wydawało się być nie­uniknione. Gdybyśmy przynajmniej wiedzieli, że jest w niewoli bylibyśmy spokojniejsi. Udzielała mi się ta atmosfera domu.

Dochodziły nieprzyjemne dla nas wieści o podbojach niemieckich armii, zagarniających coraz to nowe kraje. Były to dla nas przygnębiające wieści, bo odbierały nadzieję. O zwycięstwach Niemców dowiadywaliśmy się z gazety Kurier Polski, wydawanej przez Niemców w Generalnym Gubernator­stwie. Gubernator Frank, prześladowca Polaków miał siedzibę na Wawelu w Krakowie. Ten szwabski bydlak znacznie przyczynił się do ciemiężenia Polaków.

Wiosną 1941 roku Przecław ponownie zapełnił się wojskiem. Tym razem stacjonowali nie tylko w Przecławiu, ale również w okolicznych wioskach. Zajmo­wali wszystko, co nadawało się dla wojska. Wiedzieli ci żołdacy, że przy­gotowują ich do napaści na Z.S.S.R. Nie kryli się z tym. Wyraźnie mówili, że idą na Rosję, więc wiedzieliśmy i my. Coraz głośniej mówiło się o tym, nie wiadomo tylko było, kiedy to nastąpi. Po cichu liczyliśmy na odwrócenie losów wojny. Znowu zabłysła nadzieja, że wszystko się odwróci i przeklęte szwaby zostaną przepędzone, że wujek Heniek odnajdzie się i wróci do nas.

Znów do szkoły nie chodziłem, a była to już 6-ta klasa. W tamtych czasach nie przejmowałem się tym jeszcze. Taka swoboda wiosną była nawet mile widziana. W prawdzie obowiązków nie brakowało, bo rodzice gonili do roboty, ale zawsze był to jeden obowiązek mniej. Wielu moich kolegów zaprzestało całkowicie chodzenia do szkoły od 5-tej klasy. Ich rodzice, szczególnie ci z okolicznych wiosek nie posyłali dzieci do wyższych klas. Dzieci potrzebne im były do pracy w domu, przeważnie do pasienia krów. Z przecławskich dzieci, moich rówieśników, także kilku zaprzestało chodzenia do szkoły. Muszę tu nadmienić, że w przeszłości znajdowała się w Przecławiu jedynie 4-ro klasowa szkoła podstawowa. Dopiero kilka lat przed wojną, gdy wybu­dowano szkołę w rynku powstała 7-mio klasowa szkoła.

Większość przecławskich murarzy jeździło do pracy w Lignozie. Nazywano tak tereny gdzie od Pustkowa w lasach w kierunku na północ Niemcy budowali ogromne fortyfikacje. Tereny za linią kolejową Dębica-Mielec były kompletnie wysiedlone. Niemcy zabraniali tam Polakom przebywać i wchodzić. Strzelano tam do Polaków bez ostrzeżenia. Przejazd pociągiem na tej trasie, był ograniczony. Murarze jeździli mając wydane przez Niemców specjalne przepustki.

Na wschód od linii kolejowej leżała wieś Blizna położona wśród lasów. Niemcy w późniejszych latach robili tam próby z bronią rakietowa V-1 i V-2. Wystrzeliwane leciały w kierunku północnym. Często widziałem jak z lasu na wschodzie unosiła się ognista kula, podobna do wschodzącego słońca. Następnie znikała i wówczas słychać było hurgot podobny do dźwięku samolotu odrzutowego, a następnie już wysoko w górze widoczna była smuga unoszącą się za lecącą rakietą. Dzisiaj wiemy, że była to rakieta V-1.

 W Pustkowie Niemcy zbudowali duży obóz koncentracyjny. Ginęli w nim żydzi, Polacy, a później jeńcy sowieccy przymuszani do kato­rżniczej pracy. Do pracy przymuszani byli wszyscy zdolni do pracy. Praca ta nie dawała możliwości przeżycia za zarobione pieniądze. Za pracę dostawało się jedynie marne grosze, przydział papierosów i wódkę. Pracowało się nie dla pieniędzy, lecz dlatego, aby być zarejestrowanym w arbeitsantcie (urząd pracy), bo wtedy nie zabierano na wywóz do Nie­miec. Uznawano to za najgorsze, co może się przytrafić. Wywieziony do Niemiec tracił kontakt z rodziną i szansę powrotu do domu.
Już po wojnie, kiedy po latach rozmawiałem z pewnym młodym człowiekiem, powiedział on, że za Niemców było lepiej, bo wszyscy mieli pracę. Byłem jego wypowiedzią niesamowicie zbulwersowany. Uznałem to jak obelgę dla wszystkich, którzy w tamtych czasach zmuszeni byli katorżniczo praco­wać dla Niemców, z narażeniem własnego życia. Przekonało mnie to, jak wielu młodych ludzi kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak trudno w tamtych czasach się żyło. Widocznie żeby to zrozumieć trzeba samemu przeżyć.

Stacjonujące wzdłuż sowieckiej granicy armie niemieckie czekały na sygnał do wymarszu. W Przecławiu nie było w tym czasie antagonizmów pomiędzy Niemcami a miejscową ludnością. Poczyniły się nawet przyjaźnie przecławskich dziewcząt z Niemcami. W zamku Rejów, który w całości Nie­mcy zawłaszczyli, urządzano sobie zabawy. Niemcy zapraszali dziewczęta i kilka tam chodziło. Nie wiem jak odbywały się zabawy z pija­nymi Szwabami, ale znam niektóre ich skutki. Jednym takim skutkiem było złamanie nogi przez jedną z panienek, która po pijanemu spadła ze scho­dów. Inny skutek, jaki znam, to zgolenie głowy pannie, która zbyt mocno w przyjaźń z Niemcami się zaangażowała. Robili to chłopcy z ruchu oporu, który istniał od samego początku okupacji. Dziewczyna ta długo, bo aż do odrośnięcia włosów chodziła w chustce na głowie.

Nudzili się już Niemcy oczekując uderzenia na Rosję, więc jak mogli umilali sobie czas. Na pastwisku obok Wisłoki kopali często piłkę. Zdarzało się, że również nasi chłopcy tam grali. Tak się jakoś złożyło, że wspólnie dogadali się, aby rozegrać między sobą mecz piłki nożnej. Wyznaczono obok Wisłoki boisko, sędziów i postawiono bramki. Na mecz rozgrywany w niedzielę przyszło sporo kibiców. Z jednej strony boiska mecz obserwowali niemieccy oficerowie, a z drugiej strony Przecławianie. Niemieccy nadludzie wystąpili w kornerówkach i jednakowych koszulkach. Nasi chłopcy występowali tak, jak kto mógł, przeważnie w samych majtkach i boso. Każdy, kto kopał piłkę, wie jak trudno grać w piłkę na bosaka przeciwko zawodnikom obutym w twarde kornerówki. Początkowo Niemcy pro­wadzili 1:0, ale po przerwie losy meczu się odwróciły. W naszych chło­pców wstąpił jakiś bojowy duch. Nie patrząc na własne poobijane nogi, zaczęli tak biegać i grać, że zepchnęli Niemców do głębokiej defensywy. Ostatecznie wygrali Przecławianie różnicą jednej bramki. Była ogromna radość, kibice przecławscy się cieszyli, natomiast kibice, niemieccy oficerowie, opuścili teren gry obrażeni. Nie mieściło im się to w głosie, że mogli przegrać. Finał tej zabawy był taki, że komendantura niemiecka przymykająca oczy na karciane schadzki u Matusa (tak nazywano jednego z murarzy, Franka Matuszkiewicza), teraz wpadła tam wieczorem i wszystkich będących tam zamknięto. Dostali dobrze w dupę, przytrzymali ich przez całą noc i rano wypuścili.

Pewnej czerwcowej nocy 1941 roku wszystko wojsko wyjechało. Przecław i okolice opustoszały. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co to znaczyło. Gdy usłyszeliśmy daleką kanonadę artyleryjską, wiedzieliśmy już na pewno, że oto ruszyła pełną siłą niemiecka machina wojenna. Wstąpiła w nas nowa nadzieją, że w tej wojnie losy wreszcie się odwrócą i stanie się coś, co zmieni naszą sytuację. Nadzieja nie trwała jednak długo. Echa walk zaczęły oddalać się i cichnąć. Wkrótce całkiem zamilkły.

„Kurier Polski” donosił o nowych zwycięstwach Niemców. Zwycięstwo nad ZSRR miało być piątym poważnym zwycięstwem. Szwaby chełpili się tym i wszędzie gdzie się dało umieszczali swoją słynną „V” podkreślającą ich zwycięstwo, a nam się wydawało, że jesteśmy już całkowicie pognębieni.

Patrząc na tamte wydarzenia z perspektywy minionych lat trzeba powiedzieć, że Związek Radziecki przez głupotę własnych przywódców pozwolił się Niemcom w tak prosty sposób zaskoczyć. Sowieci byli kompletnie do tej wojny nie przygotowani. Stalin zawierając tajne porozumienie z Niemcami liczył na wzajemną pomoc, a nie agresję. Zgodnie z tym porozumieniem obaj sojusznicy mieli poszerzać własne terytoria kosztem podbitych państw. Mieli sobie w tym pomagać i wzajemnie nie przeszkadzać. W ten sposób Stalin zagarnął część Polski. Zajął też kraje nadbałtyckie Litwę, Łotwę i Estonię. Przygotowywał się do następnych podbojów. Stalin wypełniał zobowiązania wobec Hitlera. Ze Związku Radzieckiego szły dla Niemców transporty z bawełną, ropą naftową i innymi towarami. Jechały te trans­porty nawet wtedy, gdy Niemcy przekroczyli już ich granicę. W swojej naiwności Stalin nie uwierzył w agresywne zamiary swego sojusznika. Zignorował meldunki własnego wywiadu wojskowego donoszącego o groma­dzeniu armii niemieckich na granicy z Z.S.R.R. i przygotowywaniu napaści. Spowodowało to, że Armia Czerwona była kompletnie nie przygotowana do wojny z Niemcami.

Po napaści Niemców wojska Armii Czerwonej nie stawiały oporu, lecz masowo poddawały się do niewoli. W początkowym okresie wojny Niemcy zagarnęli do niewoli prawie 2 miliony żołnierzy sowieckich. Niemcy nie spodziewali się tego i nie wiedzieli, co z taką masą żołnierzy zrobić. Z bronią w ręku przeszła na stronę Niemców cała armia generała Własowa. Ci oddający się w niewolę żołnierze liczyli na lepszy los w niewoli, niż to, co przeżywali we własnym kraju, pod batem komunizmu. Z upływem jednak czasu Armia Czerwona zaczęła stawiać coraz silniejszy opór. Stało się tak dlatego, ze pełną parą rozwinął się na tyłach Związku Radzieckiego przemysł zbrojeniowy, a Stalin otrzymywał pomoc z Zachodu. Losy wojny odmieniły się, żołnierze sowieccy prze­stali się poddawać. Dla nich lepiej było ginąć w walce niż iść do nie­woli. Niemcy postępowali z jeńcami sowieckimi w nieludzki sposób. Ci żołnierze, gdy się o tym przekonali już nie chcieli iść w niewolę. Zaczął się bój na śmierć i życie i to było elementem decydującym w tej wojnie. Moim zdaniem, gdyby Niemcy z jeńcami sowieckimi postępowali w bardziej humanitarny sposób, to ich sukcesy na froncie wschodnim były by większe. Nie chcę przez to powiedzieć, że Niemcy wygraliby przez ten fakt wojnę, ale gdyby nie sroga zima 42/43 i gdyby w ich rękach znala­zła się bomba atomowa, to kto wie, jakby losy wojny się potoczyły. Prace nad tą bombą mieli poważnie zaawansowane i bliżej im było do tej bomby niż Amerykanom. Rakietę do jej przenoszenia już mieli. Bombardowali rakietami V-1 Londyn. Zachód takich rakiet wtedy nie miał.

Mijały dni, tygodnie i miesiące okupacyjnej niewoli. Zaczynał się 1942 rok. W tym roku może nieco więcej nauki było w szkole. Wojska nie­mieckie poszły daleko na wschód i nie stacjonowały już w Przecławiu. Nie było ich w zamku Reyów, a także i w szkole. Od początku wiosny szkołę otwa­rto i zaczęła się nauka. Cóż to była jednak za nauka. Nie było żadnej intensywnej nauki ani odrabiania zaległości. Chodziłem do 7-mej klasy, właśnie miałem ją skończyć, a z matematyki uczyłem się dopiero działań na ułamkach. Nie znałem podstaw algebry ani geometrii. Oprócz matematyki w 7-mej klasie uczyłem się tylko języka polskiego religii i gimnastyki. Pozostałe prze­dmioty takie jak historia i geografia były ścisłe zakazane. Polakowi nie wolno było znać historii własnego kraju. Nie byłem więc z wiadomościami dalej jak na poziomie 5-tej klasy. Gorzej, bo ja nie zdawałem sobie sprawy z faktu, że poziom mojej nabytej nauki w szkole jest tak niski. Może brak mi było dopingu ze strony Rodziców. Wielu moich kolegów rodzice wcale nie posyłali do szkoły. Mogę śmiało powiedzieć, że należałem do rocznika najwięcej pokrzywdzonego przez wojnę. W lepszej sytuacji były dzieci młodsze ode mnie o 3 lata. Ci kontynuowali po wojnie naukę doje­żdżając do gimnazjum w Mielcu. W lepszej sytuacji były też dzieci starsze o 5 lat, bo ukończyły 7-mą klasę przed wojną. Dzieci więc młodsze tak jak i starsze miały wiadomości szkoły podstawowej których ja nie miałem. Cóż mi z tego, że na świadectwie miałem wynik bardzo dobry jak wiadomości w głowie nie było. Nie mam żalu do rodziców, że nie zorganizowali, jakie­goś douczania mnie, gdyż nie było na to warunków. Po pierwsze douczanie mogło być tylko tajne, a za to groziła kara śmierci, a po drugie skoncentrowani byli oprócz walki o byt, także na tym, aby uchronić mnie przed wywózką do Niemiec. Miałem 14 lat i z mizernego dziecka szybko wyrastałem na młodzieńca.

 Ponad 60 lat od tamtych wydarzeń w padły mi w ręce materiały, z których wynikało, że istniały w Przecławiu tajne komplety nauczania w latach okupacji niemieckiej. Niestety mogę jedynie żałować, że moi Rodzice i ja nie wiedzieliśmy o tym. Nieświadomość powyższego tłumaczę tym, że musiała istnieć głęboka konspiracja, aby uczący się, a szczególnie nauczyciele czuli się bezpiecznie. Żałuję, że takiego nauczania nie podjąłem, gdyż moje życie mogło potoczyć się inaczej.

Tajne nauczanie młodzieży wynikło wówczas z inicjatywy kierownika szkoły w Przecławiu Wilhelma Lotza. W kompletach, które stworzył, nauczanie prowadzili nauczyciele Janina Zeylhuber, Stefania Gubernat, a później Stanisław Sęk. Wilhelm Lotz pozostawił po sobie wspomnienia, w których opisał swoją działalność z tamtego okresu. Urodzony w 1905 roku w Nowym Yorku zjawił się w Przecławiu w latach 30-stych. Tenże nauczyciel i kierownik szkoły w Przecławiu prowadził pod przykrywką spółdzielczości handlowej „Społem” szeroko zakrojoną działalność konspiracyjną. Współdziałał w druku i kolportażu egzemplarzy tajnego czasopisma „Stokrotka”. Brał czynny udział w kolportażu czasopisma „Odwet” wydawanego przez słynnych „Jędrusiów” działających w podziemiu na Ziemi Mieleckiej i sąsiednich powiatach. W 1943 roku podjął się konspiracyjnej roli Delegata Rządu na powiat mielecki i jako taki przesyłał miesięczne sprawozdania do Delegatury Rządu w Krakowie. Posiadał pseudonim „Brona”, był ludowcem posiadającym kontakty tak z organizacjami GL i BCh jak i AK. Jego działalność została opublikowana w publikacji „MIELEC Studia i materiały z dziejów miasta i regionu.” Pochodził z rodziny mieszanej. Ojciec kolonista niemiecki z Józefowa, natomiast matka Polka. Wychowany przez matkę na polskiego patriotę, chociaż naciskany przez Niemców, nigdy nie podpisał folkslisty i nie poszedł na współpracę z okupantem.

T.Lenartowicz/mw

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korso.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Pozostałe