CarVertical: Sprawdzenie auta dla laika – nie musisz być ekspertem

  • 16.09.2019, 16:01
  • Artykuł partnera

Podziel się:

CarVertical: Sprawdzenie auta dla laika – nie musisz być ekspertem
Zakup używanego samochodu często jest przedstawiany jako duże wyzwanie. Dlaczego? Dlatego, że w grę wchodzą niemałe i ciężko zarobione pieniądze, a dwa – cały czas na rynku wiele jest „perełek”, którymi nie jest zainteresowany nawet skup złomu, bo te auta nie są z blachy, tylko ze szpachli. Jednak żeby sprawdzić samochód, wcale nie trzeba być mechanikiem.

Zaczynaj zawsze od VIN-u

Podstawowym „narzędziem” diagnostycznym są raporty historii pojazdu na carVertical.com. Serwisy takie jak carVertical generują je w maksymalnie kilka minut, a to, co widać na monitorze, to kompletna lista zdarzeń z historii auta i solidna dawka informacji, które pomogą ustalić priorytety w czasie oględzin. W przypadku każdego samochodu raport może zawierać nieco inny zakres informacji – to zależy od tego, czy i jak był serwisowany pojazd, w jakim jest wieku, czy brał udział w poważniejszym zdarzeniu drogowym i czy był importowany. Poza tym VIN zawiera też informacje o wyposażeniu pojazdu, co przyda się, jeśli dojdzie do oględzin.

Od zewnątrz

Oględziny od zewnątrz kojarzą się z gościem, który miernikiem bada powłokę w losowych punktach. I tu problemów jest kilka: w przypadku starszych samochodów nie należy spodziewać się książkowych wyników. To raz. Dwa, że pomiar musi odbywać się w ściśle ustalonym punktach na panelach nadwozia, jeśli w ogóle ma być miarodajny. Trzy – w zupełności wystarczy na oko sprawdzić, czy panele są równe, a lakier od szpachli można odróżnić nawet najzwyklejszym magnesem zdjętym z lodówki. Po bardziej zaawansowane narzędzia warto sięgnąć dopiero w przypadku nowszych aut z ogłoszeń, w których cena jest podejrzanie niska. Zamiast skupiać się na szybach, lakierze czy kolorach, lepiej poświęcić trochę uwagi choćby stanowi opon, które często są, tak samo, jak akumulatory, podmieniane „na sztukę”, byle jakieś były.

Z raportem w ręce

Jeśli raport z historii zawiera jakieś powypadkowe zdjęcia, to warto, patrząc na nie, przeglądać kolejne segmenty samochodu, ale nie szukać rys na lakierze, tylko raczej zaglądając do środka i szukają na przykład wgnieceń na kielichach, rdzy na elementach konstrukcyjnych, pęknięć i skrzywień elementów mechanicznych. Dysponując rozkodowanym VIN-em można też punkt po punkcie sprawdzać wyposażenie i jego sprawne działanie. Tu uwaga, która wydaje się oczywista, ale dotyczy rzeczy, której praktycznie nikt nie sprawdza na miejscu: na przykład spryskiwacze do reflektorów sprawdza się nie przez weryfikację wzrokową „są/ nie ma”, tylko trzeba je uruchomić. To samo dotyczy ogrzewania szyby, webasto czy szyberdachu. Po to jest VIN, żeby każdy z tych elementów przejrzeć i upewnić się, że działa.

Nie słuchaj, że „się nie da”

Wielu sprzedających nalega, żeby nie szukać używanego auta w stanie idealnym, ponieważ takich nie ma. Zgoda – poza egzemplarzami kolekcjonerskimi jest ich niewiele, ale samochody same z siebie się nie rozsypują: klamki nie pękają, szyberdachy nie zaczynają przeciekać, a kierownice nie dostają luzów bez powodu. Bierz raport z historii w rękę, rozkodowany VIN przed oczy i sprawdzaj punkt po punkcie. Idealnie pewnie nie będzie, ale auto po 10 latach może prawie nie nosić śladów użytkowania, jeśli ktoś o nie dbał. Masz prawo do przejrzenia wszystkiego, co jest ci potrzebne, a jeśli sprzedający na to nie pozwala – niech ktoś inny weźmie to auto. Kup tylko takie, które sprawdzisz i upewnisz się, że jest dokładnie tym, o którym mowa w ogłoszeniu, z uwzględnieniem „igły”, gorzkich łez Niemca i braku wkładu.

Artykuł partnera

Pozostałe