1 września 80 lat temu. Nie szukaliśmy śmierci

  • 01.09.2019, 09:29
  • MW BW
Podziel się:
Oceń:
1 września 80 lat temu. Nie szukaliśmy śmierci Fot. Moje Miasto Mielec Mielec w czasie wojny.
W tym roku 1 września przypada 80 rocznica wybuchu II wojny światowej. W tym dniu wspominać będziemy wszystkich poległych i pomordowanych. Całe szczęście są jeszcze wśród nas ludzie, którzy ten ciężki czas przeżyli i przekazują swoje wspomnienia młodym pokoleniom. Chociaż zapewne żadne słowa nie są w stanie opisać tego, czego doświadczyli na własnej skórze.

Jak przekazać historię młodemu człowiekowi, aby wiedza nie poszła na marne? Wydaje nam się, że żywy dowód w postaci świadków tamtejszych zdarzeń jest najlepszym rozwiązaniem i doceńmy, że mamy możliwość słuchać tych opowieści na żywo.

Jerzy Dębicki w momencie zakończenia wojny miał 15 lat, więc jego wspomnienia są mocno zakorzenione w pamięci. Dzięki uprzejmości muzeum "Pałacyk Oborskich" przytaczamy fragment wywiadu z panem Jerzym, który przeprowadzili Krzysztof Haptaś i Marek Szczurek.

 

Jak się zmieniło życie codzienne po wkroczeniu Niemców do Mielca?

Jak wróciłem do Mielca piechotą z Wólki Goleszowskiej, spotkałem od razu w Podleszanach kolumny wojskowe jadące przez most pontonowy (tam gdzie obecnie jest kładka). Wówczas zobaczyłem je pierwszy raz. Były to głównie samochody ciężarowe brnące w kurzu, ponieważ drogi były ziemne, niczym nieutwardzone, a susza była ogromna, pogoda bezchmurna przez wiele dni i wtedy zobaczyłem pierwszy raz Niemców. Przeszliśmy przez most pontonowy i w mieście uderzyło mnie to, że na każdym domu była kartka drukowana przez Niemców: "arische hause", "judische hause" (aryjski, żydowski dom), wszystkie domy były oznaczone. Część sklepów żydowskich była obrabowana. Niemcy toporem przecinali rolety metalowe, którymi były zamykane sklepy i w ten sposób umożliwiali kradzież z półek (niestety polska ludność ze wsi też rabowała). Na drugi dzień poszedłem popatrzeć na synagogę, była już spalona. Nie wchodziłem do środka, ale moja mama w pierwszych dniach tam była. Widziała krąg spalonych ciał, których jeszcze nie usunięto. Pożar tej synagogi też opisywał ojciec. Wówczas, gdy zobaczył ogień,  zwrócił się do jednego z oficerów. Władał dość dobrze niemieckim, ponieważ był w czasie I wojny światowej leczony właśnie w wojskowym szpitalu w Wiedniu. Powiedział mu tak: jak możecie tutaj palić? Trzeba zorganizować straż pożarną, która uchroni sąsiednie budynki. Oficer austriacki odpowiedział ojcu: nasi ludzie umieją palić i żadnemu budynkowi aryjskiemu nic się nie stanie, to panu zaręczam.

 

Co Pan pamięta w kontekście deportacji Żydów, jak Niemcy się do tego zabierali?

Żydzi od razu musieli nosić opaski, przestrzegano tego bardzo. Sklepy żydowskie były przez Niemców szykanowane. Ludność żydowska była wykorzystywana do różnych prac. W czasie niemieckiej okupacji rozpoczęto budowę wału, od Książnic do mostu po drugiej stronie Wisłoki. Budowali go Żydzi, ale i również ukrywający się Polacy. Mój kuzyn przyjechał z Krakowa i też się tam zatrudnił, bo nie chciał być wywieziony na roboty do Niemiec.

 

Jak było z dostępem do żywności?

Od razu wprowadzono kartki, pojawił się ciemny razowy chleb, który jak piekarnia była dobra, to nie był taki zły. Z początkiem okupacji zaopatrzenie było bardzo skromne. Szukano znajomości na wsiach, bo tam jedzenia było najwięcej. Na kartki dostawało się chleb, jakieś mięso, ale było go bardzo niewiele, cukier, marmoladę jako podstawowy dodatek do smarowania chleba. W późniejszym czasie, gdy przybyło ludności niemieckiej jako urzędników i pracowników zakładów Heinkla, to uruchomiono sklepy nur für Deutsche (tylko dla Niemców). Jak sama nazwa wskazuje, kupowali w nich tylko Niemcy.

 

Jaki był stosunek Niemców do Polaków?

W pierwszym okresie Niemcy czuli się najeźdźcami, na przykład pamiętam, że pijany żołnierz niemiecki wtargnął do naszego mieszkania i moją babcię, która mu zagrodziła drogę, skaleczył bagnetem. Później te stosunki układały się tak jak w całej Polsce, strach przed Gestapo...

 

Swoimi wspomnieniami podzielili się również mieszkańcy gminy Radomyśl Wielki, którzy dobrze pamiętają tamte chwile.

 

Niemiec nie taki zły

 

Wojna przyszła tu wcześnie. Oczywiście, wojna nigdy nie przychodzi w porę, ale linia frontu zatrzymała się. Niemcy zdążyli zadomowić się jeszcze przed wkroczeniem do Polski Armii Czerwonej. A że zawsze znajdą się bohaterzy i ci, którzy za wszelką cenę chcą walczyć, nawet bez planu  i pójść z nożem na czołgi, to już we wrześniu zorganizowali zasadzkę na Niemców. Była jesień, czas, kiedy dojrzewa kukurydza. Kilku mężczyzn ukryło się w polu i ostrzelali Niemców. W rewanżu ci zniszczyli część wsi i zagrozili wywiezieniem ludzi. Tak to już było na tej wojnie, że za uczynki jednego człowieka płaciły całe narody... 

Jeśli chodzi o obydwie armie, radziecką i niemiecką, to ta druga była o wiele bardziej "lubiana". W każdym razie, kiedy tylko ludzie byli spokojni i nie próbowali walki, to Niemcy również nie robili nikomu żadnej krzywdy. Za to przed czerwonoarmistami matki chowały córki pod pierzynami... Różnice widać było nawet, kiedy obydwie armie maszerowały polami. Niemcy chodzili drogami, żeby nie zniszczyć upraw. Rosjanie za to szli jak popadło, a nawet specjalnie niszczyli wszystko, co mieli drodze. 

 

Żołnierze strzelają, pan Bóg kule nosi

 O ile lata wojny mijały na naszych terenach dosyć spokojnie, to prawdziwa walka przyszła wraz z  przesuwaniem się linii frontu, kiedy Niemcy cofali się przed Armią Czerwoną na zachód. Być może nie dotknęłoby to aż tak mieszkańców powiatu mieleckiego, gdyby linia frontu nie zatrzymała się w zimie 1944 roku w Dulczy Wielkiej, na linii rzeki Jamnica. Tutaj obydwie armie przezimowały. Przybyły jednak na te tereny na tyle wcześnie, że ludzie nie zdążyli pozbierać z pól ziemniaków. A bez ziemniaków, podstawy pożywienia, ludziom groził głód. Dlatego w nocy, bardzo zresztą ryzykując, przekradali się na pola obok stacjonujących żołnierzy, żeby pozbierać trochę ziemniaków. Mieli do przejścia  nieraz po kilka kilometrów, bo w strachu przed  działaniami wojennymi  musieli uciekać, gdzie kto mógł, do krewnych, znajomych, byle by dalej od frontu. W lasach nad Jamnicą armie pobudowały bunkry. Po wojnie mieszkańcy bunkry rozebrali, a drewno wykorzystali do odbudowy własnych domów. I tak wyrównały się rachunki z historią...

Przed linią frontu ludzie uciekali, pakując swój dobytek, biorąc, co każdy ma najcenniejszego. Kiedy nad głową latają samoloty, mało  kto pozostaje ateistą, dlatego ludzie maszerowali do bezpiecznych schronień z pieśnią "Pod Twą obronę" na ustach. 

 

Wróć, bracie

Podczas wojny Niemcy zabierali ludzi do prac przymusowych, do siebie, na zachód. To sołtys miał obowiązek zająć się takimi sprawami.  

- Czasami chodzili po domach i szukali, a wtedy chowałyśmy się z siostrami. Raz zastali więc tylko naszą mamę, zdenerwowali się i ją zabrali. Wydała im się jednak za stara i wypuścili ją do domu - wspomina pani Weronika. - Było nas cztery siostry, a naszego brata wzięli na roboty. Tata już umarł, a nie mogłyśmy sobie poradzić z pracą w polu. Długo szukaliśmy kogoś, kto chciałby się z bratem zamienić, bo powrócić z robót nie było wcale tak łatwo. Trzeba było znaleźć kogoś, kto chciałby pojechać w zamian. W końcu nam się udało, chłopak z tej samej wsi zgodził się pojechać. Byłyśmy zadowolone, że mamy brata z powrotem w domu. Nie odwlekło się jednak długo, brat się zakochał i poszedł mieszkać do swojej żony, a my znów zostałyśmy same z pracą...

 

Bo wojna wojną, ale ludzie jak w każdym innym czasie żenili się, rodzili i umierali i to nie od bomb, ale i od chorób, i ze starości... Przyszła, potrwała sześć lat i odeszła. Bunkry w lesie dawno zarosły, zostało po nich tylko wspomnienie. Coraz mniej ludzi też pamięta czasy wojny, a ci, którzy mają je jeszcze w pamięci, byli najczęściej dziećmi. Dobrze posłuchać jeszcze tych starych historii, bo coraz bardziej będą zacierać się we wspomnieniach. 

MW BW

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korso.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Pozostałe