Małgorzata Kozdęba: "Nie chce go zawieść" [WYWIAD cz. 2]

  • 2.03.2019, 10:58 (aktualizacja 02.03.2019 11:13)
  • SzB.
Podziel się:
Małgorzata Kozdęba: "Nie chce go zawieść" [WYWIAD cz. 2] archiwum prywatne
Historii Daniela Kozdęby nie da się w całości opowiedzieć bez jego żony. Znaliśmy tylko jedną, tę oficjalną część. Wiedzieliśmy, że jest wykształcony i bardzo zaangażowany w urząd, który pełnił. W opowieści Małgorzaty Kozdęby możemy zobaczyć obraz niezwykle ciepłego, serdecznego i niesamowicie silnego człowieka z charakterem. Ten wywiad jest pewnego rodzaju testamentem i opowieścią o pięknym człowieku. Anegdoty, które przytacza Małgorzata Kozdęba, ujrzą światło dzienne po raz pierwszy. Na ten wywiad mieszkańcy Mielca, ukochanego miasta śp. Daniela Kozdęby, czekali bardzo długo. Z żoną śp. Daniela Kozdęby rozmawia Szymon Burek.

Część pierwsza wywiadu: TUTAJ

 

 

Skoro był takim pasjonatem, to jakie miał marzenie związane z Mielcem?

Bardzo często mówił mi o tym, że chce dążyć do tego, by Mielec był miastem przyjaznym dla ludzi, szczególnie młodych. Daniel chciał, żeby do Mielca na nowo wrócili młodzi ludzie. Chciał tworzyć tutaj takie warunki, żeby nie musieli wyjeżdżać. Chciał  miasto ciągle upiększać. Wzorował się też na Rzeszowie, gdzie pracował, ale również na innych miastach europejskich.  Próbował znaleźć takie rozwiązania,  które mogłyby się przyjąć w Mielcu. Czasem to były tak innowacyjne rzeczy, że wydawały mi się nierealne. A on mówił, że to miasto jest gotowe na takie rozwiązania.

 

Kolejny moment, w którym choroba dała o sobie znać, to był już czas prezydentury. To był sygnał, że trzeba podjąć trudną decyzję o zrezygnowaniu na jakiś czas z pracy i rozpoczęciu leczenia. Kiedy dowiedzieliście się, że jest coś nie tak, to co działo się w domu? Jak Daniel na to zareagował?

Mnie w Danielu uderzyło to, że gdy okazało się, że jednak coś niedobrego się dzieje,  jego to nie przeraziło. To ja musiałam poradzić sobie z tym, że jest coś nie tak. Daniel po diagnozie normalnie z dnia na dzień wstawał i szedł  do pracy jakby nigdy nic. Byłam w szoku, że on tak potrafi. To był cały on - determinacja i ogromna siła charakteru.

 

Podjęliście wyzwanie. Daniel podjął się kolejnego zabiegu operacyjnego. Wszyscy pamiętamy jego powrót do pracy. Nie miał włosów, a na jego głowie było widać rany pooperacyjne. Co wtedy zrobił? Zaprosił dziennikarzy i na konferencji mówił, że przeszedł operację, ale jest dobrze i zaczyna pracę.

To był dokładnie 2016 rok. Byłam zdania, że Daniel powinien przede wszystkim zająć się sobą, a nie pracą. Uważałam, że powinien podjąć leczenie. Dużo na ten temat rozmawialiśmy i  starałam się go do tego przekonać. Jednak Daniel  podejmował ważne decyzje samodzielnie. Był bardzo zdeterminowany.  Tę konkretną decyzję powrotu  do urzędu podjął sam. Mówił wtedy, że jest to winny mieszkańcom. Mówił, że mielczanie potrzebują gospodarza. Mówił, że czuje się  na siłach. W sprawie choroby zapewniał nas, że jest w stanie z nią wygrać. Swoje zdrowie stawiał na drugim miejscu, dla niego najważniejsi byli mielczanie.

 

Gdyby miała Pani większy wpływ na te jego decyzje. Gdyby mogła Pani powiedzieć mu: "Stop, zrezygnuj z urzędu i rozpoczynamy  walkę o życie", czy zdecydowałaby się Pani na to?

Tak, jednak to byłaby moja decyzja, nie Daniela. Daniel podchodził bardzo odpowiedzialnie do  sprawowanego przez siebie urzędu. Oczywiście w wielu sytuacjach wiązało się to z niesamowitym stresem. Cały czas powtarzał, że nie chce zawieść zaufania mieszkańców.

 

Popracował jakiś czas i znowu zniknął. Dowiedzieliście się, że choroba postępuje. Pojawiło się cierpienie i decyzja o ratowaniu życia.

Najtrudniejszy moment nastąpił  20 maja 2017 roku. Wszyscy zauważyliśmy, że dzieje się coś niedobrego. Badania kontrolne potwierdziły, że nie jest dobrze. Zapadła decyzja, że trzeba się zabrać za to na poważnie. Cały czas byliśmy przekonywani przez lekarzy, że jest to sytuacja do opanowania, że restrykcyjne leczenie radiologiczne i chirurgiczne może jeszcze ten proces zatrzymać i odwrócić. "Uczepiliśmy się" tej nadziei. Mieliśmy przy sobie całą rzeszę życzliwych ludzi, którzy okazali nam dużo pomocy i wsparcia, za co dzisiaj wszystkim dziękuję. Rodzina, przyjaciele ze wspólnoty rozpoczęli  ogromną walkę modlitewną. Daniel nawet na pięć minut nie zatrzymał się i nie powiedział, że traci nadzieję, a przecież miał do tego prawo po tylu latach. To był bardzo ciężki czas. Z dnia na dzień choroba odbierała Danielowi to, co miał najcenniejsze i to, co najbardziej w życiu pielęgnował. Przede wszystkim sprawność fizyczną i z biegiem czasu także intelektualną, a przecież to był jego ogromny dar. Niejeden człowiek w takiej sytuacji po prostu by się poddał. To był taki czas, kiedy budził się rano i nagle odkrywaliśmy, że coś nowego niedomagało.

Stopniowo doprowadziło to do takiej sytuacji, że przez dziewięć miesięcy Daniel był osobą leżącą. Człowiek, który był wszędzie i dysponował ogromną energią. Wszędzie go było pełno i był niesamowicie ruchliwy. Nagle mając 40 lat, został uziemiony. Dla naszego małżeństwa to był czas największej bliskości, próby słów przysięgi małżeńskiej. Całkowitego oddania.  W ostatnich dniach porozumiewaliśmy się tylko oczami. Potrafiłam doskonale odczytać z jego oczu, co potrzebuje i co mu dolega.

 

Była pani świadkiem cierpienia. Świadkami byli też członkowie rodziny i najbliżsi współpracownicy. Jak na to reagowaliście?

Daniel  swoją postawą powodował to, że naprawdę do samego końca nie straciliśmy nadziei. Pomimo tego, że symptomy fizyczne wskazywały całkowicie na coś innego. W tym najtrudniejszym czasie starałam się spędzić z nim każdy dzień. On budził się rano i mówił: "No żonka biedronka albo robaczku, bo tak mnie nazywał, to co dzisiaj robimy? No to co dzisiaj zjemy dobrego?". Ja mu na to: Danielku, zjemy to, co sobie zażyczysz.  Wtedy poprosił o tosty na bekonie i kawę. Cieszył się z malutkich gestów. Ta jego radość nie była udawana. Potrafił się cieszyć każdym  dniem, każdym otrzymanym ciastkiem, kawą, zarażał optymizmem. Pamiętam nasz pobyt w Gliwicach, gdzie Daniel przeszedł bardzo ciężką terapię, która dawała nadzieję na polepszenie sytuacji i nie zapomnę tego do końca życia, jak wieczorami do mnie mówił: "Gosia, daj mi laptopa!". Proszę pamiętać, że to był czas, kiedy on był bardzo zmęczony i cierpiał, bo to były bardzo ciężkie zabiegi. Prosił mnie, żebym mu włączała Mielec na mapach Google. Prosił, żebym uruchomiła street view, by mógł pochodzić sobie po Mielcu. Często do mnie wtedy mówił: "Gosia, tutaj muszę zlecić remont, a tutaj czegoś brakuje". To było niesamowite.

 

Nawet w tym trudnym czasie często odwiedzali go współpracownicy z urzędu miasta. Zapewne Daniel zasypywał ich pytaniami o sprawy bieżące.

Proszę sobie wyobrazić, jak tylko usłyszał dzwonek w domu i rozpoznał po głosie, że jest to ktoś z urzędu miasta, to praktycznie zachowywał się tak, jakby chciał wyskoczyć z łóżka. Każdy urzędnik, który do nas przychodził, musiał się z tym liczyć, że będzie zaatakowany tysiącem pytań o to, co dzieje się w urzędzie.

 

Na pogrzebie w kazaniu biskupa Andrzeja Jeża usłyszeliśmy, że Daniel będąc świadomy, że czas śmierci się zbliża, zrzekł się mandatu.

Dwa ostatnie tygodnie przed śmiercią  były  najtrudniejsze. Zmagaliśmy się z  tragedią życiową, spotykając się jednocześnie z brakiem zrozumienia,  refleksji i spokoju. Daniel do samego końca chciał walczyć. Jednak w tym ostatnim czasie sam sobie zdał sprawę, że niestety nie da rady. To był moment, kiedy podpisał  pismo, w którym się zrzekł mandatu prezydenta. Dla niego to była forma uczciwości. Skoro nie jest już w stanie w pełni wypełniać obowiązków prezydenta, to będąc uczciwym człowiekiem, zrzeka się mandatu. To się wydarzyło dokładnie 27 lutego, czyli dzień przed śmiercią. Ja jeszcze ten dokument chciałam dostarczyć do urzędu miasta. Akurat nie było przewodniczącego rady miasta, więc pokierowano mnie, żebym przyszła na następny dzień, bo wtedy ten pan będzie i przyjmie dokument, ten akt rezygnacji, który Daniel  podpisał ostatkiem sił. To już nie była ta sprawność. Daniel czytał to pismo pół godziny. Czytał, zastanawiał się. Nawet odkładał długopis. To była ogromna walka wewnętrzna.

 

Spotkałem się z Panią dokładnie rok po tych wydarzeniach. To też już inny czas dla Pani. Chciałbym zapytać o życie bez Daniela. Musiała Pani wstać z łóżka, pójść do pracy i wziąć na nowo odpowiedzialność za swoje życie.

 Ten moment też przewidział Daniel. Jakiś czas przed śmiercią poprosił mnie do siebie. Powiedział, żebym zamknęła drzwi, bo chce ze mną porozmawiać bardzo poważnie. Powiedział: Małgosiu, ja umrę. Mam do ciebie gorącą prośbę. Proszę cię, nie dramatyzuj. Ja jestem z tym pogodzony.  Będę tobie pomagał z góry, a ty będziesz mi pomagać z dołu, aż w końcu się tam spotkamy. Proszę cię o jedno, nie dramatyzuj. Żaden dzień po śmierci Daniela nie należał do łatwych. Nie chciało mi się wstawać z łóżka. Te słowa i to jego przesłanie do tej pory stawiają mnie na nogi. Wiem, że  muszę to robić dla niego, więc trzymam się na tyle, na ile mogę. Ale są  momenty, w których jest bardzo ciężko. Przykładowo okres świąt  czy nasze rocznice. To są ciężkie momenty, które mi go przypominają. Czuję obecność Daniela na co dzień. Czuję ją w małych codziennych sytuacjach. Czasem go proszę o pomoc i  tę pomoc zawsze otrzymuję. Tak jak mi obiecał. I tak żyję, dzień za dniem. Nie chcę go zawieść!

 

 

Ten wywiad jest też zachętą do spisania własnych historii i osobistych myśli na temat śp. prezydenta Mielca Daniela Kozdęby. Jego żona Małgorzata chce zebrać wiele historii osób, które go znały, lub po prostu miały z nim styczność w trakcie sprawowania przez niego urzędu prezydenta.

Wszystkie historie można wysłać na specjalnie utworzoną skrzynkę mailową: [email protected]

Zebrane historie zostaną opublikowane w formie książki - wspomnienia o prezydencie Danielu Kozdębie.

 

SzB.


Pozostałe