Nasze ciacho w telewizji! Czyli historia Tomka z Dulczy Wielkiej

  • 06.01.2019, 15:09
  • M. Warias
Podziel się:
Oceń:
Nasze ciacho w telewizji! Czyli historia Tomka z Dulczy Wielkiej
Niedzielne popołudnie dla wielu osób oznacza wygodny fotel, pilot i Program 2 Telewizji Polskiej, gdzie oglądać możemy najnowszą serię "Bake Off - Ale Ciacho". A w nim, ku naszej radości, występuje pochodzący z Dulczy Wielkiej (gm. Radomyśl Wielki) Tomasz Batko, który udowadnia na swoim przykładzie, że prawdziwy mężczyzna nie boi się nie tylko wielkich maszyn, ale i piekarnika!

"Bake Off - Ale Ciacho"  to program Telewizji Polskiej, w którym "dwunastu zapalonych miłośników domowych wypieków bierze udział w konkursie, w którym wygraną jest tytuł Polskiego Mistrza Wypieków i 50 tysięcy złotych". Program cieszy się wielką popularnością wśród widzów, nie tylko wielbicieli kulinariów.

Człowiek wielu zainteresowań

Tomek Batko, choć już od dawna zajmuje się pieczeniem, wcale nie planował, że kiedyś weźmie udział w tym programie. Pracuje w korporacji jako specjalistą ds. wynagrodzeń, lubi swoją pracę, i tylko popołudniami dodatkowo dłubał coś w kuchni. Co więc skłoniło go do podjęcia wyzwania? Jak wspomina jego narzeczona, Ewelina Brylak, pewnego dnia po prostu wrócił do mieszkania w wyjątkowo złym humorze...

- ... i powiedział, że jak będzie następna edycja tego Bake Offa to pójdzie. Bo Tomek, nawet jak jest zmęczony, to kiedy wchodzi do kuchni i zajmuje się pieczeniem, od razu odzyskuje humor, relaksuje się, uspokaja... I od tych nerwów się zaczęło, bo dosłownie dwa dni później dowiedzieliśmy się, że ogłosili casting do  programu. Powiedziałam mu, że to musi być przeznaczenie, ale jak przyszło co do czego, to zaczął się trochę wycofywać. "Nie, nie wiem... A jak nie dam sobie rady?" - tak mówił. Trzeba więc było popracować trochę nad jego pewnością siebie. 

A przeszkody piętrzyły się na każdym kroku. Po pierwsze - we Wrocławiu, tam, gdzie Tomek mieszka na co dzień, nie odbywał się casting. A ten pierwszy etap polega na  tym, że trzeba się stawić ze swoim wypiekiem.  Najbliższym miastem okazały się więc Katowice. I trzeba było bezpiecznie przewieźć tam wypieki. Tomek się zabezpieczył, bo wziął ze sobą dwa ciasta. 

– O jednym, tarcie cytrynowej, wiedziałem, że wytrzyma na bank, ale nie byłem z niego tak zadowolony, a ten drugi, tort szwarcwaldzki, kończyłem tam na miejscu, w bagażniku w samochodzie, żeby nie zniszczył się w transporcie. Jury spróbowało obydwu wypieków.  Tort nie przetrwał zresztą drogi powrotnej, przy gwałtownym hamowaniu rozległo się głośne "plap" i tort rozprysł się po całym bagażniku! 

Drugi etap castingu do programu odbywa się już Warszawie i przyjeżdżają  na niego osoby z całej Polski.

- Pojechaliśmy do stolicy wcześniej, żeby się zrelaksować, żeby nie czuł takiej presji, że musi się koncentrować, bo połowa sukcesu to psychika. Była silna grupa wsparcia, łącznie z chrześnicą. To dla niej Tomek piecze pięknie dekorowane torty - mówi Ewelina. - Uwielbiam patrzeć, jak Tomek robi figurki z masy cukrowej. Choć to przecież potężny mężczyzna, potrafi też precyzyjnie zrobić małe cudeńka do dekoracji ciast: misie, lalki, kwiatuszki... 

To takie połączenie dwóch skrajności, delikatnej przecież pasji do cukiernictwa, gdzie liczą się proporcje i dokładność, i prawdziwie męskiego świata. Oprócz cukiernictwa Tomek ma też bowiem inne pasje - motocykle i siłownię. W motorach zakochał się już na studiach, ale nie od razu było go stać na pojazd, więc pierwszą rzeczą, jaką kupił, był... kask motocyklowy. Potem przyszedł czas na kurtkę, rękawice, i dopiero na końcu motor. Raz przejechał nawet trasę z Wrocławia na do Dulczy Wielkiej, choć wspomina tę przejażdżkę jako raczej nudną.

 - Miałem jeden motocykl, potem jeszcze wymarzonego GSX 650, ale wyjechałem do Londynu, więc nie jeździłem, do pracy we Wrocławiu też nim nie dojadę, bo szybciej jest tramwajem, a latem w ubraniu motocyklowym jest za gorąco. Do tego dorobiliśmy się psa, a on na motor też nie wsiądzie... Sprzedałem więc motocykl, ale tylko na jakiś czas! Ciężko było to zrobić... Zresztą, gdy ktoś pytał mnie, co zrobiłbym z wygraną w programie Bake-Off, gdybym zwyciężył, to zawsze odpowiadałem, że kupiłbym motocykl! - opowiada Tomek Batko.

Tomek trenował też crossfit, ale po tym, jak zaczął odczuwać skutki  przeciążenia, przerzucił się na siłownię. Ze znakomitym zresztą skutkiem!

 

Za kulisami

Pasja pieczenia u Tomka zaczęła się tak, jak w przypadku większości wielkich kucharzy i cukierników, czyli od kuchni we własnym domu rodzinnym. Z mamą, panią Zofią, Tomek już od małego piekł domowe ciasta.

Po skończeniu liceum wyjechał na studia do Wrocławia. Przez okres studencki, choć tak daleko od domu, nie rozwinął jednak cukierniczych skrzydeł. Dopiero kiedy zamieszkał ze swoją drugą połówką, Eweliną, nie tylko zyskał pretekst do pieczenia - w końcu nie od dziś wiadomo, że przez żołądek do serca - ale i piekarnik, który umiał obsługiwać. Ilość upieczonych w nim ciast pozwoliła mu w końcu odważyć się i zapukać do drzwi programu.

Co nasz bohater sądzi o udziale w programie? Mimo że często w telewizji można zobaczyć wielkie emocje, to sam Tomek nie płakał, choć raz był strasznie zły, gdy coś mu nie wyszło... 

-  Sama przygoda jest naprawdę super i jeśli ktoś lubi piec, to uważam, że w 100% powinien się zgłosić. Nauczy się na pewno bardzo dużo, nawiąże przyjaźnie... Bo jak się komuś innemu opowiada o pieczeniu, to tak średnio, bo ile można słuchać? Inaczej, gdy jest 12 osób, którzy wiedzą  sporo o pieczeniu i tym żyją. Oglądałem wszystkie programy kulinarne, a teraz wiem, faktycznie tak jest, że wszyscy sobie pomagają, nie ma niezdrowej rywalizacji. W Bake-Off jest cukierkowo. Realnie i autentycznie jesteśmy zgraną ekipą. Cały czas się spotykamy, cały czas jesteśmy w kontakcie. Program się skończył, a została przyjaźń. Połączyła nas pasja, ale też ta przygoda życia, stresy... - mówi Tomek.

 - Jak oglądałam takie programy w TV, to nie wierzyłam, że oni się tak przyjaźnią - wtrąca Ewelina. - A teraz, gdy się prywatnie spotykamy z pozostałymi uczestnikami, to zdałam sobie sprawę, że to możliwe, bo mają wspólną pasję. Mają super kontakt, uwielbiają rozmawiać. Gdy się spotkają, to żony, mężowie, partnerzy siedzą znudzeni, a oni gadają o tych sernikach, ciastach, kremach  i widać, że się rozumieją. To nie jest tak, że ktoś komuś nie da przepisu, że nie jest fair. Miałam podejrzenia, że to wszystko jest reżyserowane, teraz wiem, że naprawdę się przyjaźnią - dodaje Ewelina.

Co ciekawe, Ewelina nie je ani chleba, ani słodyczy. Oczywiście próbuje, żeby Tomkowi nie było przykro, ale większość pyszności jedzą koledzy z pracy i znajomi obojga. Są tak przyzwyczajeni do znakomitych wypieków, że są zdziwieni, kiedy Tomek nie upiecze czegoś, choćby przez kilka dni. 

Program był znakomitą okazją do nauki. Jurorzy, Krzysztof Ilnicki i Michał Bryś, to niekwestionowani mistrzowie cukiernictwa i wypieków.

- W programie trzeba było się wysilać - przyznaje Tomek. - Jurorzy to autorytety, bardzo wiele się od nich nauczyłem. To, co nam mówili, to tylko mały procent ich wiedzy, a my pewnie nie nauczylibyśmy się tego sami przez  następnych 10 lat. Usłyszeć od nich pochwały - to robi wrażenie. Oni nie są celebrytami, gwiazdami, tylko osobami, które się na tym znają.  To oni tworzą ten program.

 Nagrania odbywały się w Warszawie, nad Zalewem Zegrzyńskim. Jednak ilość materiału, którą widzimy w programie, to tylko parę procent wszystkich nagrań. Na przykład konkurencje, które trwały kilka godzin, skrócone są do paru minut.

 - Na początku było strasznie, jak patrzyli mi na ręce. Te wywiady, kamera... na szczęście operatorzy uspokajali, mówili, żeby po prostu być sobą  - wspomina Tomek.  - W końcu człowiek zapomina o obecności kamer i skupia się na tym, co robi. Najgorzej było jednak, gdy usłyszałem swój głos, wydawało mi się, że strasznie piszczę... 

 

Życie słodko toczy się dalej

Choć pieczenie zawsze było wielką pasją Tomka, to program utwierdził go w przekonaniu, by związać z nim swoje dalsze losy.

 - Przed programem piekł codziennie, żeby poćwiczyć, potem były nagrania  i twierdził, że jak z nich wróci, to z pół roku nie weźmie cukru do ręki - komentuje Ewelina.  - Ale kiedy już wrócił, to na weekend mieliśmy jechać do moich rodziców i Tomek zaproponował, że im może coś upiecze... Cały czas jest w amoku wypiekowym. I tak to trwa.

 -  Nigdy nie myślałem, że połączę przyszłość z pieczeniem - potwierdza Tomek. - Ale już mam konkretne plany co do otworzenia działalności, zbieram pozwolenia. Chcę stworzyć własną pracownię, wyjść z pieczeniem z domu. Pewnie będę piekł ciasta i torty na zamówienie, z czasem chciałbym też zająć się chlebem...  Bardzo mnie to zafascynowało, nawet mąkę na chleb wożę z Podkarpacia do Wrocławia. Nie zdecydowałbym się jednak na biznes bez tego programu. Dał mi prawdziwego kopa, a ludzie chcą próbować moich wypieków. Czego chcieć więcej, niż żyć z tego, co się kocha? Nie myślałem, że to się tak potoczy... Program nauczył mnie pracować pod presją czasu, dał dużo doświadczenia, pewności siebie.

Tomek i Ewelina planują niedługo ślub. Tomek jednak sam nie upiecze swojego tortu weselnego, bo - jak twierdzi - nie będzie miał czasu...

- Ale chlebki na stół wiejski upiekę na sto procent! - obiecuje.

M. Warias

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korso.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.
Megii
Megii 07.01.2019, 15:24
Gratuluję odwagi Panie Tomku!
Ja też kocham wypieki, ale brak mi pewności siebie. ..

Pozostałe