- Nie zrobiłem tego - mówi Wojciech B. z Mielca skazany na 5 lat za seks z 13-latką

  • 21.12.2018, 11:56 (aktualizacja 21.12.2018, 19:27)
  • Małgorzata Skóra

Podziel się:

 - Nie zrobiłem tego - mówi Wojciech B. z Mielca skazany na 5 lat za seks z 13-latką pixabay.com
- Dwa lata włóczymy się po sądach, żaden świadek nie wystąpił przeciwko nam, a mimo to mąż został skazany na 5 lat więzienia. To jest dla mnie niepojęte – mówi żona Wojciecha B. skazanego za seks z 13-latką.

Mężczyzna z zawodu jest nauczycielem wychowania fizycznego. W czasie, gdy uczył dzieci w niewielkiej miejscowości w powiecie mieleckim, został oskarżony, a następnie skazany przez Sąd Rejonowy w Mielcu. Zarzut: obcowanie płciowe z osobą małoletnią. Wyrok 5 lat więzienia. Mężczyzna przez ciążące na nim zarzuty został publicznie napiętnowany, stracił pracę i zmienił miejsce zamieszkania.

Do kontaktów seksualnych między uczennicą a nauczycielem miało dochodzić najpierw za zgodą dziewczyny, później miała być do nich zmuszana. Z akt sprawy wynika, że zdarzenia te miały miejsce w kantorku sali gimnastycznej w szkole i na obozie sportowym. Sytuacje te miały zdarzać się nawet kilka razy dziennie. Takie zdarzania miały też odbywać się na działce brata pana Wojciecha pod Dębicą. 

Zeznania świadków, które czytam w aktach sprawy, budzą jednak pewne wątpliwości co do winy mężczyzny. Nikt oprócz osób, którym dziewczyna miała się zwierzyć, nie wiedział o wykorzystywaniu seksualnym uczennicy przez nauczyciela. Była żona oskarżonego, nauczyciele, pedagog szkolny, dyrektor szkoły, dzieci uczestniczące w zajęciach wychowania fizycznego oraz w obozach sportowych organizowanych przez nauczyciela nie zauważyli żadnych niepokojących sygnałów mogących świadczyć o tym, że dziewczynę może coś łączyć z wuefistą, a tym bardziej że dzieje się jej krzywda.

Było wręcz przeciwnie, zeznania wielu osób przemawiały na korzyść skazanego. Sąd jednak nie dał im wiary, twierdząc, że świadkowie z różnych przyczyn zatajają prawdę.

Wyrok podtrzymany

Po wydanym wyroku sądu pierwszej instancji było odwołanie w Sądzie Okręgowym w Tarnobrzegu, które zakończyło się podtrzymaniem wcześniejszej decyzji sądu.- Podczas drugiego procesu sąd nie analizował mojej sprawy, były tylko dwie rozprawy - mówi Wojciech B. O sprawę zapytałam prawnika, który reprezentował mężczyznę w sądzie drugiej instancji.

- W przypadku Wojciecha B. zabrakło zwykłej ludzkiej dociekliwości ze strony prokuratury oraz orzekających sędziów, a zadziałała zasada, że jak już jest akt oskarżenia, to coś jest na rzeczy, a jak jest na rzeczy, to jest winny i należy go skazać – mówi mecenas Wojciech Lachowicz.

Wątpliwości

Zastrzeżenie budzi też zachowanie matki pokrzywdzonej, która, gdy dowiedziała się o sprawie, poszła prywatnie porozmawiać z dyrektorką szkoły, której w tajemnicy miała zwierzyć się z tego, co zrobił jej córce nauczyciel. Mimo namowy kierowniczki placówki nie zgłosiła sprawy na policję. W swoich zeznaniach matka dziewczyny wyjaśnia, że było to spowodowane tym, że jej córka doznała traumy, przez co nie była gotowa na ujawnienie strasznej prawdy.

Słowa, które padły podczas przesłuchania dyrektorki szkoły, budzą jednak co do tego pewne wątpliwości.

- Matka dziewczyny przyszła do mnie pewnego dnia i powiedziała, co się stało. Zaproponowałam, żebyśmy tę sprawę zgłosiły na policję. Kategorycznie tego jednak zabroniła. Powiedziała mi, że nie mogę nigdzie wykorzystać tego, co usłyszałam. Zapytałam ją więc, po co w ogóle mi o tym mówi, skoro takie jest jej stanowisko. Odpowiedziała: "Żebyś wiedziała". Na końcu rozmowy powiedziała, że ona tę sprawę sama rozwiąże. Muszę przyznać, że po rozmowie z nią myślałam, że załatwi to w ciągu najbliższych dni i policja zacznie prowadzić śledztwo. Jednocześnie byłam zaniepokojona tym i zaczęłam baczniej przyglądać się nauczycielowi, ale nic niepokojącego w jego zachowaniu nie zauważyłam. Nigdy wcześniej, odkąd pan B. pracuje w szkole, nie miałam żadnych sygnałów, które wskazywałyby na to, że nauczyciel stosuje zły dotyk wobec dzieci. Po rozmowie z matką dziewczyny byłam trochę zdziwiona, że skoro miała tak poważne zarzuty wobec nauczyciela, to nie przeniosła swojego syna (młodszego brata pokrzywdzonej, którego nauczyciel miał uczyć) do innej szkoły - powiedziała.

Prokuratura została powiadomiona dopiero rok po tym, jak matka miała dowiedzieć się, co spotkało jej córkę. Zawiadomił ją szpital, do którego dziewczyna trafiła w związku z problemami zdrowotnymi.

  Miało to miejsce dzień przed wymaganym badaniem ginekologicznym; wtedy dziewczyna wiedząc, że wszystko się wyda, zwierzyła się matce, że nie jest dziewicą. Matka na prośbę dziewczyny nie zgodziła się na badania ginekologiczne córki.

Tymczasem z zeznań matki pokrzywdzonej wynika, że kobieta o sprawie miała dowiedzieć się przypadkowo, z wiadomości na jej Facebooku: "Witaj (imię dziewczyny), jak się czujesz, chciałbym Cię odwiedzić". Dziewczyna miała odpisać: "Wojtek nie chce się z Tobą spotykać". Po tym zdarzeniu matka miała zapytać córkę wprost, czy coś ją łączy z nauczycielem. Wtedy dziewczyna się rozpłakała i zaczęła mówić o tym, co ją spotkało.

Oprócz Facebooka dziewczyna miała też kontaktować się z nauczycielem przez SMS-y. W toku postępowania nie udało się jednak potwierdzić, że wiadomości zostały wysłane. - Dziewczyna twierdziła, że kontaktowała się ze mną przez telefon komórkowy, którego nie ma, nie dało się też dotrzeć do bilingów rozmów, tak samo jest z Facebookiem, przez którego też mieliśmy rozmawiać – mówi Wojciech B.

Nikt nic nie widział

- Czy to możliwe, żeby nauczyciel trzy razy dziennie uprawiał seks z uczennicą na obozie i żeby 20 uczestniczących w nim osób tego nie zauważyło? – pyta żona skazanego mężczyzny.

Ani dzieci, ani osoby dorosłe, które były na obozach, nie zauważyły, aby trener bądź dziewczyna gdzieś znikali. – Nie było czegoś takiego, żeby pan B. wieczorami przychodził po nią i kazał jej gdzieś iść ze sobą – powiedziała w czasie przesłuchania dziewczyna, która na jednym z obozów dzieliła pokój z pokrzywdzoną. Nic o schadzkach nie wiedział też mężczyzna, który był zakwaterowany ze skazanym.

– Nie było takiej sytuacji, żeby kazał mi wychodzić z pokoju - zeznał (do zdarzeń miało dochodzić między innymi w pokoju mężczyzn, pan Wojciech miał wypraszać kolegę, gdy dziewczyna przychodziła). Z zeznań matki pokrzywdzonej wynika, że dzieci uczestniczące w obozach sportowych powinny coś jednak o sprawie wiedzieć. – Córka uważa, że kolega z obozu coś podejrzewał, bo powiedział jej, że gdyby potrzebowała pomocy, to może się do niego zwrócić – powiedziała. Tymczasem przesłuchany chłopiec zaprzeczył temu. - Nie było nic niepokojącego w jej zachowaniu. Nie skarżyła mi się też na trenera. W szkole krążyły plotki, że interesuje się nią jakiś chłopak i były między nimi jakieś bliższe przyjacielskie relacje, to chłopak z naszej szkoły – powiedział kolega nastolatki.

Również dziewczynki, które miały być molestowane przez nauczyciela, nie potwierdziły tego. - Nie było tak, żeby pan B. zachowywał się niestosownie wobec mnie albo innych – zeznała jedna z nastolatek. Trener miał też dopuścić się innych niewłaściwych zachowań wobec dziewczynek. - Nie było tak, żeby nauczyciel patrzył się, jak się przebieramy i komentował nasz wygląd, nie łapał nas też za intymne części ciała – powiedziała przed sądem dziewczyna, wobec której trener miał się dopuść nadużyć.

Sąd uznał, że nastolatki mogły wstydzić się mówić o zachowaniu trenera, dlatego o tym nie powiedziały. - Czy to jednak możliwe, żeby wszystkie dzieci, w tym te, które były na obozach, kłamały? - pyta żona skazanego mężczyzny.

Dowody odrzucone

Pan Wojciech sam zainicjował przeprowadzenie badania wariograficznego. Test na wykrywaczu kłamstw, przeprowadzony na oskarżonym przez wykwalifikowanego specjalistę,  dał wynik na korzyść pana Wojciecha.

Sąd drugiej instancji nie uznał jednak badania wariografem. Podobnie było z opinią grafologa, który przeanalizował fotokopię pamiętnika dziewczyny, stanowiącego dowód w sprawie i znalazł w nim pewne nieprawidłowości.

- Analiza tekstów upoważnia do podjęcia wniosków, że wykonawczyni ma skłonności do konfabulacji, do których sama przyznaje się w tekstach pisanych w określonym czasie i warunkach. W obrębie tekstów dowodowych widnieją obszerne i puste miejsca, w których można nanieść teksty wiele dni po powstaniu pierwotnych. Dlatego też w materiale dowodowym, który powinien powstać w jednym dniu przy zastosowaniu jednego długopisu, widnieją zapisy wykonane też przy użyciu innego – ustalił Marek Kożuszek, biegły sądowy z dziedziny kryminalistycznych badań pisma ręcznego.

Znaki zapytania

Żona pana Wojciecha ma też inną wątpliwość co do wiarygodności dowodu w postaci pamiętnika.

- W zeznaniach dziewczyny pojawiła się informacja, że w okresie znajomości z moim mężem nie prowadziła pamiętnika, tylko pisała SMS-y. Skąd więc się on wziął? - pyta żona skazanego, po czy dodaje:

- Żeby udowodnić niewinność męża, znaleźliśmy też jedynego w Polsce specjalistę do spraw molestowania seksualnego, który sporządził opinię i powiedział, że postępowanie nie zostało przeprowadzone odpowiednio, że dziewczyna powinna być nagrywana i dopiero z jej głosu biegły psycholog powinien wydać opinię. Nie można jej wydać tylko dlatego, że małoletnia się rozpłakała! – mówi.

Jedna z byłych nauczycielek powiedziała przed sądem, że dziewczyna miała wybitne zdolności aktorskie.

Z zeznań kilku osób wynika, że dziewczyna w czasie, gdy w jej życiu rozgrywał się dramat, była uśmiechnięta i świetnie się uczyła, brała udział w różnego rodzaju konkursach i olimpiadach. Dopiero później, gdy poszła do innej szkoły, rozchorowała się. Z relacji osób, które w trudnym dla dziewczyny czasie rozmawiały z nią, wynikało, że jej problemy były związane z presją, którą czuła w nowym środowisku i z chęci zmiany swojego wyglądu. Podczas procesu sąd uznał, że stan pokrzywdzonej spowodowany był molestowaniem seksualnym przez nauczyciela. Dziewczyna w tym czasie miała chcieć też kilkakrotnie targnąć się na swoje życie.

Skazany

Wojciech B. mieszka w Mielcu. W tej chwili nie wykonuje swojej pracy, gdyż w związku z ciążącymi na nim zarzutami został zawieszony w prawie wykonywania zawodu. Nastąpiło to po niespełna roku czasu od wpłynięcia do prokuratury zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa. Po przegranych procesach mężczyzna się załamał, ma za sobą próbę samobójczą, po której wylądował w szpitalu psychiatrycznym, gdzie przebywał trzy miesiące.

- Gdy czytałem te zeznania, to przez trzy dni nie mogłem jeść, byłem zszokowany, że ktoś coś takiego mógł wymyślić. Odniosłem wrażenie, że to nie są jej słowa, że ta dziewczyna nie byłaby w stanie czegoś takiego wymyślić. Nigdy nie miałem z tym dzieckiem bliższej relacji, to nawet nie była moja uczennica, chciała uczestniczyć w dodatkowych zajęciach, więc się na to zgodziłem – mówi pan Wojciech, który cały czas zastanawia się... dlaczego?

- Myślałem o tym długo... Początkowo byłem przekonany, że konkubent jej matki chciał się zemścić na mnie, bo spotykałem się z jej matką. Ona chciała, żebyśmy byli razem, ale nic z tego nie wyszło. Myślę, że w tej sprawie chodzi o wątek finansowy – dodaje, po czym wyjaśnia powód swojego podejrzenia. - W 2014 roku matka dziewczyny zaprosiła mnie do siebie na kawę. Gdy przyjechałem do niej, zastałem tego mężczyznę, byłego policjanta, z którym jest teraz. Siadł koło mnie i powiedział mi, że okazało się, iż jej córka, która uczęszczała na dodatkowe zajęcia prowadzone przeze mnie, nie jest cnotliwa, i wychodzi na to, że to moja sprawka, bo jeździła razem ze mną na obozy sportowe. Zdenerwowałem się, gdy usłyszałem te bzdury. Matka dziewczyny ostro powiedziała wtedy: "Na pewno to ty jesteś sprawcą, jeśli mi jakoś tego nie zrekompensujesz, to cię załatwię" – opowiada.

Sąd stwierdził, że nie sposób kwestionować wiarygodności matki pokrzywdzonej i że jej postępowanie wskazuje na to, że zeznania złożone w sprawie nie mają charakteru rewanżu na oskarżonym.  - Po wyroku pierwszej instancji załamałem się, miałem głęboką depresję, chciałem pożegnać się z tym światem, myślałem, żeby się powiesić. Dzięki lekom i pomocy najbliższych nie zrobiłem tego. Wciąż żyję nadzieją, że jednak istnieje jakaś sprawiedliwość na tym świecie – mówi Wojciech B.

Ofiara

Poprosiliśmy o wypowiedź pokrzywdzoną, która w tej chwili jest osobą pełnoletnią. Dziewczyna nie chciała jednak zabierać głosu w sprawie. - Nie będę komentować i podważać wyroku sądu pierwszej i drugiej instancji, który skazał Wojciecha B. na 5 lat pozbawienia wolności za postawiony mu zarzut.

Mój syn dużo mu zawdzięcza

  - Ludzie nie chcą się wypowiadać w tej sprawie, bo się boją. Tutaj wszyscy się znają i chcą spokojnie żyć i mieszkać -  mówi mieszkaniec niewielkiej miejscowości, który słyszał o skazaniu byłego wuefisty uczącego w miejscowej szkole. - Nie znam tej sprawy, mogę tylko powiedzieć, że mój syn bardzo dużo mu zawdzięcza, dzięki niemu osiągnął w sporcie wiele sukcesów, żaden z nauczycieli nie zrobił dla niego tyle co ten człowiek, ujęło mnie to bardzo. Przyjeżdżał po niego swoim samochodem i zawoził go na treningi. Tu jest taki medal – pokazuje mi ich pęk - który jest bardzo dla mnie cenny, mój syn zdobył go dzięki panu B. Jest to medal nadziei olimpijskiej z Rzeszowa, to były międzynarodowe zawody – mówi z dumą. W tej chwili syn nie kontynuuje treningów, bo nie ma z kim, dziecko ma pretensje do nauczyciela, że już go nie szkoli. Syn nie wie, dlaczego nauczyciel już nie pracuje. Jestem mu bardzo wdzięczny za poświęcenie dla mojego dziecka, dlatego zbieram podpisy osób, które poświadczą, jakim pan B. był dobrym nauczycielem. To podpisy uczniów. Ten człowiek poświęcał się nie tylko dla mojego syna, robił to też dla innych dzieci. Miał do nich bardzo dobre podejście.

- Nie wiem tego, czy on to zrobił czy nie, ale wiem jedno, w takiej sprawie człowiek jest z góry przegrany. Jakby ktoś mnie o coś takiego oskarżył, to bym się nie wybronił – mówi pan Bogdan, ojciec dziecka, które uczęszczało na pozalekcyjne zajęcia, które prowadził skazany nauczyciel.

Bezsilność

 - Człowieka zabija bezsilność, że w żaden sposób nie może udowodnić prawdy. Liczyliśmy, że ta dziewczyna stanie z nami twarzą w twarz w sądzie, zobaczy i może zrozumie, że tak nie można. Tak się jednak nie stało, bo powiedziała, że się tego człowieka boi i sąd uznał, że nie musi zeznawać. Przegraliśmy w sądzie, teraz pozostało nam tę sprawę tylko nagłośnić – mówi żona Wojciecha B.

 

OD REDAKCJI: Nie czujemy się uprawnieni do tego, by przesądzać o winie bądź niewinności skazanego. Prawomocny wyrok zapadł.

Małgorzata Skóra


Pozostałe