Najczęściej szukane pamiątki? Rzeczy po... hitlerowcach [WYWIAD] 

  • 01.03.2020, 11:50
  • MW/BW

Podziel się:

Oceń:

Najczęściej szukane pamiątki? Rzeczy po... hitlerowcach [WYWIAD] Fot. MW Kto ma jeszcze coś takiego w szafie?
Nie ma chyba człowieka, który nie miałby zachomikowanych co najmniej kilku rzeczy, które przekłada się z szuflady do szuflady, bo "może kiedyś się przydadzą". Potem lądują one na strychu albo w piwnicy, czasem zyskują drugie życie, czasem trafiają na śmietnik... Na początku marca obchodzimy oficjalny dzień "staroci". Może warto poszukać w domu jakiegoś zakurzonego okazu?

Żeby jednak nie wpakować się przy tej okazji w kłopoty, warto porozmawiać na ten temat ze specjalistą. Bo to nie jest tak, że można bez przeszkód kolekcjonować stare przedmioty. Trzeba się przy tym stosować do obowiązujących przepisów. 

Włodzimierz Gąsiewski swój antykwariat-galerię prowadzi już 20 lat. Dziś główny asortyment, który się tu znajduje, to książki.  

 

To ludzie zaczęli 

 

- Miejsce to wystartowało 20 lat temu, jeszcze w lokalu u pana Dębickiego, na ulicy Mickiewicza - wspomina pan Gąsiewski. - To miała być tylko galeria artystyczna, bo doszliśmy do wniosku, że musi być takie miejsce do prezentowania obrazów, bo do tej pory w Mielcu czegoś takiego nie było. Istniał tylko dom kultury i jeżeli malarz chciał się pokazać, czekał w wieloletniej kolejce na to, żeby mu urządzono indywidualną wystawę w domu kultury bądź brał udział w wystawach zbiorowych. Na początku skupialiśmy się na takiej działalności. To tutaj na przykład  wystawił się jako pierwszy Krzysiek Krawiec, malarz pochodzący z Mielca, który ukończył ASP w Poznaniu. Tak więc wyglądało otwarcie tej galerii: był wernisaż, były obrazy... Ale po tym ludzie zaczęli przynosić stare przedmioty... Do tej pory, jeśli było tu coś starego, to jako element wystroju tej galerii. Ale ludzie zaczęli przynosić różne stare drobiazgi i ja je od nich albo kupowałem, albo przyjmowałem do sprzedaży. Były takie momenty, że tych starych przedmiotów było więcej niż obrazów. Później jakieś panie przyniosły książki, które chciały sprzedać. Powiedziałem, że ja książkami się nie zajmuję, więc stwierdziły, że je wyrzucą. Na podwórku tej kamienicy stały kosze i te panie wyrzuciły książki do kosza. Doszedłem do wniosku, że jeśli ludzie wyrzucają  książki, to rzeczywiście szkoda. Zacząłem te książki nie tyle kupować, co przygarniać od ludzi, którzy ich nie chcieli. I tak to trwa do tej chwili ta kolej rzeczy: była galeria, jest antykwariat.

 

Biblia na metry

 

- Jednym z najciekawszych przedmiotów, jakie miałem, była Biblia z XIX wieku, w języku niemieckim - wspomina pan Gąsiewski. - Był to Stary i Nowy Testament,  przepięknie pisane gotykiem (niemiecką czcionką) z wyjątkowymi rycinami z drzeworytów. Była również bardzo dużych wymiarów: miała pół metra wysokości,  ze 30, 40 cm szerokości i ważyła 16 kg. To była moja najcięższa pojedyncza książka, z jaką się spotkałem. Ktoś przyniósł ją do sprzedaży, ale długo nie mogłem znaleźć dla niej nabywcy. Mimo że była stara i nie bardzo zniszczona, wyjątkowo ładna, z pięknie tłoczonymi okładkami. Dużo książek sprzedaję przez Internet, głównie na Allegro czy eBayu, wystawiłem więc ją tam niedrogo - za kilkaset złotych. Cena nie była więc zaporowa, nie sięgała nawet 100 € . Najciekawsze było to, że kiedyś do Mielca przyjechali Niemcy, wykształceni ludzie, więc pokazałem im tę Biblię, licząc na to, że oni ją kupią, skoro tu nie ma zainteresowania. Oni ją oglądnęli, potwierdzili, że owszem, jest ładna, ale nie wyrazili zainteresowania zakupem. Po jakimś czasie znalazł się nieoczekiwanie nabywca,  który akurat tej książki szukał i właśnie u mnie ją znalazł. Bardzo żałuję, że sprzedałem tę Biblię... Na pewno nie sprzedałbym jej, gdyby była w języku polskim. Natomiast niemiecka czcionka ma to do siebie, że jest strasznie trudna do odczytania i nawet Niemcy mają problemy z czytaniem długiego tekstu.

 - Miałem też dziewiętnastowieczne wydania książek, w tym także Pana Tadeusza, polskie i francuskie wydania, ale nie trafiła mi się książka wydana przed rokiem 1800, a umownie takie właśnie książki antykwariusze nazywają starodrukami - tłumaczy pan Gąsiewski. - Natomiast miałem nuty, które były wydane w XVIII wieku. To były nuty pisane ręcznie przez proboszcza jednej z parafii na Podkarpaciu. Szybko znalazły nabywcę.

 

MW/BW

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korso.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.
 exactionum coactore
exactionum coactore 03.03.2020, 19:47
Bardzo ciekawe,edukujące miejsce przy ul.Legionów gdzie ceny przystepne i miła obsługa. Artykuł także ciekawy (jak rzadko).I szkoda,ze Polak nie moze miec w swoim domu prywatnego muzeum ku edukacji z wojskowymi guzikami wykopanymi we wlasnym ogródku.

Pozostałe