Mielczanin Roku 2009 to na pewno człowiek spełniony pod względem zawodowym i rodzinnym...- Spełniony pod względem rodzinnym tak, bo mam wspaniałą rodzinę: żonę i trójkę dzieci. Blisko mnie jest mój ojciec i moja teściowa. Mam wokół siebie wspaniałych ludzi. I pod tym względem na pewno jestem człowiekiem spełnionym.
Jeśli zaś chodzi o stronę zawodową, to myślę, że jeszcze mogę zrobić coś więcej. Na pewno mam dużą satysfakcję z tego, co robię. Tytuł Mielczanina Roku jest dowodem tego, że to, co do tej pory robiłem, znajduje uznanie społeczne.
Laur Mielczanina podsumowuje więc pańską karierę czy raczej jest bodźcem do dalszego działania?- Ten laur jest przede wszystkim dla mnie miłą niespodzianką. Nie spodziewałem się, że może mnie to spotkać....
Pana ojciec mówił na gali, zresztą nie tylko on, że ten tytuł się panu należał. - To potwierdza to, co mówiłem na początku, że mam wspaniałą rodzinę. Naprawdę nie spodziewałem się, że zostanę wybrany Mielczaninem Roku. Dość powiedzieć, że na liście kandydatów znalazły się wybitne osoby. Byłem przekonany, że po raz kolejny swój udział w plebiscycie zakończę na nominacji, a tytuł zdobędzie ktoś inny.
Na pewno ten laur podsumowuje pewien etap mojego życia i na pewno będzie mnie motywował do dalszej pracy. W życiu człowieka przychodzą chwile zwątpienia. Nawet największy twardziel ma moment słabości. Mnie też się zdarza, że zaczynam powątpiewać w to, co robię. Zastanawiam się, czy moje decyzje są słuszne. Niemniej w sytuacji, kiedy ma się uznanie w postaci takiego tytułu, jak Mielczanin Roku, to dużo mniej jest miejsca na takie rozterki. W tej chwili czuję presję społeczeństwa. To oznacza, że muszę iść do przodu.
Podczas uroczystości padały słowa, że Kirchhoff to Soboń, a Soboń to Kirchhoff, że pańską zasługą jest to, w jakim miejscu firma znajduje się obecnie. Jak to się stało, że przedsiębiorstwo, które miało zatrudniać 100 osób, zatrudnia ponad 700. W jaki sposób nastąpił ten przełomowy moment?
- Takim przełomowym okresem były lata 2002-04. Wtedy, po kilku latach działania jako zespół czuliśmy, że możemy zrobić więcej, niż Niemcy od nas oczekiwali, że możemy zrobić coś więcej nie tylko dla właścicieli, ale i dla siebie. Wtedy zaczęły się pojawiać pomysły na większą firmę. Mieliśmy dobre wyroby, dobre koszty, a w związku z tym było zainteresowanie naszą produkcją. Zaczęliśmy zabiegać o nowe kontrakty. Trzeba było zatem być bliżej klienta, bo wówczas stawaliśmy się bardziej konkurencyjni, jeśli idzie o logistykę. Ważne było to, że właściciele nas nie ograniczali. Pamiętam, kiedy Arndt Kirchhoff powiedział: „Ja was nie będę ograniczał, róbcie to, co uważacie za słuszne, bo to wasze gospodarstwo. Nie pytajcie mnie za wiele o decyzje, podejmujcie je sami”. Myśmy to przemówienie potraktowali dosłownie. Powstały koncepcje zakładów w Gliwicach i na Węgrzech. Po ich zrealizowaniu efekt był taki, że firma „dostała kopa do przodu”. Udało się nam pozyskać dużo kontraktów.
W konsekwencji i zakład w Mielcu mógł się rozbudowywać, zatrudniać setki ludzi. - Właśnie tak. To spotkało się z aplauzem właścicieli, bo ich firma rosła. Gdy wybudowaliśmy dwa nowe zakłady, których pomysłodawcami byli mielczanie, to na mapie świata pojawiły się kolejne miejsca, w których obecny był Kirchhoff.
Chciałbym na moment wrócić jeszcze do stwierdzenia: Janusz Soboń to Kirchhoff, a Kirchhoff to Soboń. Pierwsza część jest prawdziwa, bo obecnie całe moje życie zawodowe to Kirchhoff, ale druga nie do końca, bo Kirchhoff to nie tylko Janusz Soboń, ale także wspaniały zespół ludzi. Bez niego nie byłoby sukcesów, nie byłoby Mielczanina Roku. Wśród moich najbliższych współpracowników na pierwszym miejscu wymienię Ryszarda Muzyczkę. Jest on drugim obok mnie dyrektorem zarządzającym i wiceprezesem zarządu, w którego kompetencjach i odpowiedzialności leży działalność operacyjna zakładu. Trzecim dyrektorem w Kirchhoff Polska odpowiedzialnym za działalność finansową jest Andrzej Przetacznik. Dwóch dyrektorów zarządza na co dzień zakładami w Gliwicach. To chyba oczywiste z racji odległości z Mielca do Gliwic. A skala działalności tam jest niemała – blisko 460 pracowników, około 60 mln EUR rocznej sprzedaży. Korzystając z okazji, chciałbym również wymienić nazwiska członków ścisłego kierownictwa zakładu w Mielcu: Ryszard Czachor – kierownik jakości, Ewa Dróżdż – kierownik kontrolingu, Tadeusz Jaskot – kierownik logistyki, Bogdan Kiebzak – kierownik narzędziowni, Zbigniew Kolisz – kierownik zakupów, Janusz Leżoń – kierownik produkcji, Małgorzata Leżoń – kierownik sprzedaży (obecnie p.o. jest Jacek Wrona), Magdalena Młodecka – kierownik personalny, Marek Migas – główny księgowy, Piotr Pociask – kierownik przygotowania produkcji, Tomasz Schab – kierownik informatyki, Waldemar Zasowski – kierownik inżynieringu. Ten wywiad to dla mnie jedyna szansa, aby pokazać, jak bardzo ich cenię i wyrazić swoją wdzięczność za ich pracę i wkład w rozwój przedsiębiorstwa.
Podkreślę, że ta kadra jest praktycznie od początku bez zmian. Dobrze to świadczy o właścicielach. Większość menedżerów to mielczanie. Jest też w tym gronie człowiek, który przeprowadził się na stałe do Mielca z całą rodziną. To też cieszy.
Który z kontraktów dał zakładowi tego największego „kopa”?- To były kontrakty z Suzuki. Jeden z nich dotyczył dużego pakietu części do modelu SX-4, który produkowany jest do dziś, choć niedługo będzie miał swego następcę. Do dzisiaj mamy zespół, który zarządza tym klientem. To też jest niezwyczajne, jeśli chodzi o firmy zagraniczne w Polsce. Większość z nich jest nastawiona na produkcję. W naszym przypadku, poza produkcją, udało się uruchomić działalność marketingową, która dociera bezpośrednio do klienta i pozyskuje kontrakty.
W ciągu tych ponad jedenastu lat Kirchhoff Polska pojawiały się w firmie kryzysy. Zaraz na początku działalności i ten największy z przełomu 2008-09, związany z krachem finansowym na świecie. Udało się je pokonać. - Pierwsze zaskoczenie nastąpiło w 2000 roku. Przygotowaliśmy zakład do programu Opel Agila / Suzuki Wagon R+. Projekt nie wystartował w czasie. Opóźnił się o dwa miesiące. Było wówczas trochę zamieszania, ale potem okazało się, że samochód dobrze się sprzedawał i przyszła euforia. Klienci wystąpili do nas o zwiększenie mocy produkcyjnych, bo spodziewali się, że będą produkować więcej samochodów. Myśmy potencjał zabezpieczyli, ale wówczas okazało się, że tych nowych zamówień jednak nie dostaliśmy. Wtedy musieliśmy po raz pierwszy redukować zatrudnienie. To było w 2001 roku. Skala tego wydarzenia była o wiele mniejsza od tego, co stało się półtora roku temu przy okazji światowego kryzysu finansowego. Dość powiedzieć, że sprzedaż samochodów w Europie spadła o 25 procent. Tak więc o 1 zmniejszyło się zapotrzebowanie na nasze części, a to oznacza, że mieliśmy o 1 potencjału pracowniczego, maszynowego i powierzchniowego za dużo. Co można zrobić w takiej sytuacji? Oczywiście redukować to, co się da, a więc zatrudnienie. Stanęliśmy jednak przed dylematem. Oczywiście najprościej byłoby wręczyć wypowiedzenia czwartej części załogi. Wiele firm wówczas tak robiła, także w Mielcu, więc nie bylibyśmy ewenementem.
Ale staliście się nim, bo owszem były niewielkie zwolnienia, ale ponad 90 procent załogi pozostało na swoich stanowiskach, zgadzając się na redukcję etatu o 1/5 i ograniczenia płacowe.- Już nie pamiętam dokładnie, komu ten pomysł wpadł do głowy. Przyniósł go chyba kierownik produkcji, ale i sami pracownicy wychodzili z taką propozycją. Konsultowaliśmy się z tej sprawie z załogą kilkakrotnie. W końcu takie było nasze rozwiązanie tej kryzysowej sytuacji.
Ostatni kryzys to już dla was historia. Dochodzicie powoli w firmie do stanu osobowego sprzed 2009 roku. - Tak. Do najlepszego stanu osobowego, kiedy to w mieleckim zakładzie pracowało 755 osób; brakuje około 20 ludzi.
Planujecie dalsze zatrudnienie?- Planujemy, ale nie będzie to gwałtowny wzrost. W międzyczasie zdecydowaliśmy bowiem o zmianie profilu naszej technologii. Do 2008 roku technologię mieliśmy niemal całkowicie opartą o pracę ręczną. Automatyzacji mieliśmy niewiele.
Komentuj | Odsłon: 695