Banderowcy chcieli go zabić. Przeżył

  • 15.05.2018, 13:17 (aktualizacja 15.05.2018 13:30)
Banderowcy chcieli go zabić. Przeżył arch. W. Tomczyk W Wojniłowie stał kościół. W czasie wojny został przerobiony na magazyn. Przed murem tego kościoła Rosjanie rozstrzelali niektórych banderowców. Dziś kościoła już nie ma - został zburzony po wojnie. Ukraińcy, kiedy już zyskali wolność, postawili na jego miejscu krzyż, widoczny na zdjęciu
Ksiądz z Padwi przeżył rzeź na Ukrainie. Nam opowiada, jak uniknął śmierci z rąk oprawców.

Pełna wersja artykułu, zamieszczonego w Tygodniu Regionalnym Korso.

 

Tamte czasy były nie były łatwe. Trzeba było podejmować trudne decyzje. Szukając lepszego życia, omal nie znaleźli śmierci z powodu nacjonalizmów rozdmuchiwanych przez polityków.

Po lepsze życie

Lata 30. XX wieku. Światowy kryzys gospodarczy rozpoczęty za oceanem przez "czarny czwartek". W Polsce kolejne trudne lata - ani rolnictwo, ani gospodarka nie mają się dobrze. Każdy stara się o byt, również rodzina Tomczyków z Krzątki, niedaleko Majdanu Królewskiego. Wyjechali na wschód. 88-letni dziś ks. Wacław Tomczyk podzielił się z nami niesamowitą historią swojej młodości.

- Na wschód jechali Polacy z centralnej Polski. Wyjechało ich dość dużo. - opowiada ks. Wacław.

Dlaczego wyjeżdżali? - Kto miał ziemię i potrafił ją uprawiać, to mógł żyć. Człowiek był wtedy spokojny, pewny. Nie był głodny, mógł dzieci wykształcić. Tak było kiedyś. A na Ukrainie ziemia była tania. Jak już ktoś pojechał i ziemia okazała się dobra, to zagospodarzył się i już tam żył – mówi.

Rodzice ks. Wacława, wówczas pięcioletniego chłopca, również zdecydowali się na wyjazd. - Kiedy był kryzys, najpierw wujek jeden wyjechał. Potem drugi, wujek z Ameryki, kupił na Ukrainie dość duży majątek. Tak zachęcili, że i ojciec odważył się tam pojechać. Kupił 10 hektarów lasu i trochę pola. Potem trochę to karczowali, budowali. Rodzina Tomczyków przyjechała na wschód w 1934 roku - opowiada ks. Wacław. Przyjechali do Wojniłowa – niewielkiej miejscowości w dzisiejszym obwodzie iwanofrankowskim.

Sielanka

- Wojniłów to była stara miejscowość, historyczna. Małe miasteczko, gminne. Obok były wioski. Niedaleko były Tomaszowce - Stare Tomaszowce to była wieś ukraińska, a Nowe Tomaszowce - wieś Polska. Najbliższa miejscowość czysto Polska to były Sygły – ksiądz Wacław dobrze pamięta, gdzie spędził lata swojego dzieciństwa.

- Ludzie byli ze sobą spokrewnieni – w Sygłach i w Tomaszowcach. Bo wystarczyło, że jeden tam przyjechał i się zagospodarzył, to później wziął za sobą brata, ciotkę, siostrę – rodzinę. W Wojniłowie było już mniej Polaków. Przeważali Ukraińcy. Ale byli też starzy Polacy, rdzenni. - Nasz dom, majątek był w Wojniłowie, otoczony naokoło lasem. Żyliśmy jak u Pana Boga za piecem, spokojnie, bezpiecznie. My sąsiadowaliśmy z Ukraińcami i z Polakami. Żyliśmy ze sobą dobrze. To byli ludzie prości, ale życzliwi. Żyliśmy dobrze, nie było problemów. Chodziliśmy w odwiedziny, razem świętowaliśmy – choć ich święta były różne od naszych. Układały się nam dobrze stosunki sąsiedzkie. Nie było konfliktów. Mama była nawet chrzestną u jednego z Ukraińców, chrzczonego w cerkwi – przedstawia szczegóły życia na Ukrainie.

Polak to pan

- Ukraińcy częściej byli biedni. Byli też bogatsi Ukraińcy i biedniejsi Polacy, ale z reguły to Polacy byli zamożniejsi. Mieli ziemie, stan życia był wyższy, lepiej się im powodziło. Z tej racji mogła być też zazdrość jakaś, ale nacjonalizmów nie było. Dopiero zaczęły się w czasie wojny – opowiada ks. Wacław.

Niepodległość za wszelką cenę

- Kiedy w pierwszej wojnie światowej Austria przegrywała, Cesarz Austrii ogłosił Lwów stolicą Ukrainy i ogłosił też Państwo Ukraińskie. To była waga wielka. Ale Ukraińcy wtedy jeszcze byli za słabi, za mało ich było, żeby doszło do spięć, do walki. I przegrali o ten Lwów – przypomina. W czasie II wojny światowej Ukraińcy chcieli zyskać niepodległość, tak jak zrobili to Polacy po pierwszej wojnie.

- Myśmy skorzystali z szansy i po pierwszej wojnie światowej powstała Polska. Oni też mieli szansę, ale się nie udało i to też budziło zazdrość – narastające napięcie polityczne było zauważalne, jak mówi ks. Tomczyk.

- Wtedy przyszła okropna propaganda, że przegrali, bo byli Polacy na tych ziemiach. Więc trzeba było się Polaków pozbyć. "Musimy zrobić z nimi porządek" - to była polityka tych, którzy sterowali ludźmi. Oni ciągle myśleli o wolnej Ukrainie. Hitler im ją obiecał i do tego wszystko zdążało, tylko że metody, których używali, były nieludzkie, okropne – mówi.

- Kiedy przyszli Rosjanie w 1939 roku, to początkowo władzę objęli Ukraińcy, ale potem Żydzi wzięli górę i to oni byli głównymi rządzicielami,. A Ukraińcom tej Ukrainy nie zrobili samostijnej - niezależnej. Ukraińcy byli więc trochę rozczarowani, że Hitler nie spełnił ich marzeń. Były różnice w poglądach armii ukraińskiej i Bandery. Banderowcy mówili, że to przez Polaków jeszcze nie ma wolnej Ukrainy – mówi.

Na Wołyniu się zaczęło

- Na Wołyniu te mordy były już w 1943 roku. Tam zrobili to tak strasznie, bo chcieli po prostu przerazić Polaków, żeby sami uciekali. Propaganda mówiła: "Jak nie ucieknie, to wszyscy tak zostaniecie wymordowani". Mordy, tortury były okropne, trudne to opisania - ks. Tomczyk zawiesza na chwilę głos.

- Tam zorganizowane grupy przyjeżdżały na całą wieś. Wojsko hitlerowskie nawet też. Nielicznym udało się gdzieś uciec, nielicznym. Oni byli przygotowani, okrążali całą wieś. Jak zabijali? Domy podpalali, do ognia wrzucali, przywiązywali na tyczce i pchali w ogień. Ale i wnętrzności wypruwali i organy takie czy inne... Jakby się mścili. To nie do uwierzenia, jak potrafili w sposób okrutny tych ludzi mordować. Jak się czytało "Ogniem i mieczem" Sienkiewicza to były tam opisane makabryczne sceny - jak potrafili mordować.

Ludzie się organizowali

Polacy nie chcieli opuszczać swoich majątków. Więc szukali sposobu, aby przeżyć. - Po ludziach poszedł strach. Pomału albo się organizowali w miejscowościach albo uciekali do powiatowych miasteczek, bo tam już był jakiś porządek, ludzi różnych było więcej – mówi ks. Wacław.

- Była taka duża wieś Łukawiec, polska wieś, choć było też kilku Ukraińców. Ten Łukawiec obronił się przed Banderowcami – wspomina. Ale nie wszystkie historie zakończyły się szczęśliwie. - Niedaleko Wojniłowa była parafia Dołha. Tam ludzie się zorganizowali, walczyli. Na plebanii się bronili, a pebania była murowana. Jakoś jednak Ukraińcy ją podpalili. Księdza do studni wrzucili – opowiada. - A tacy z rodziny tego wujka mojego Amerykanina mieli wykopane na równym polu schrony, takie korytarze podziemne. Ukraińcy to wyśledzili. Wiedzieli, że oni tam są. Kiedy ich napadli, w domu nikogo nie było. Od razu poszli do tych schronów. I wtedy tylko jeden się uratował - młody zięć Oskroba. Znana postać, zamożny był. Nad rzekę uciekł i nie dogonili go – wspomina inną tragedię.

Cisza przed burzą

- Najpierw ginęły jednostki wybitniejsze. Jakiś urzędnik, gospodarz mądrzejszy politycznie - tak zaczynały się tragedie w okolicach Wojniłowa. - Na początku parę Polaków zginęło w okolicy. Aż w Dniestrze znaleźli jednego z tych co zginęli. Z mostu go rzucili, on się utopił. Przypadkowo go znaleziono i wtedy się przekonano, że to są mordy – wspomina ks. Tomczyk.

- Niektórzy Ukraińcy ostrzegali przed napadami. I nas ostrzegli. "Panie Tomczyk, u was już raz byli, nie zastali nikogo, ale do was przyjdą. Jeśli panu zależy na życiu, na rodzinie..." Nas było sześciu synów, ale w tym czasie w domu mieszkało już tylko czterech, bo jeden się ożenił i mieszkał gdzie indziej, a drugi na roboty do Niemiec pojechał. Już przez całą zimę chodziliśmy spać do potoku. Były tam słynne jary, wąwozy z potokami - tam mieliśmy wykopane dwie ziemianki. Dom w nocy był pusty. Wóz był wyprowadzony ze stodoły, sanie też i uprząż konia - byliśmy przygotowani, żeby to się nie spaliło, kiedy nasz majątek spalą. W dołkach mieliśmy pochowane trochę żywności - ks. Tomczyk mimo upływu lat ze szczegółami opowiada o tym, co się wydarzyło.

- Razem z nami mieszkało jeszcze małżeństwo. Przyszli do nas z jakiejś wioski, gdzie były ataki. Uratowali się wtedy, bo spali w jakimś dołku za stodołą. Nie spalili się, ale ich dziecko spało w mieszkaniu i się spaliło. Mówili "do was daleko, do was nie przyjdą, bo im się nie opłaca". I zamieszkali na jakiś czas u nas.

Będzie śmierć, tylko jaka?

- To był rok `44 - Wielki Poniedziałek, po Palmowej Niedzieli. Siedzimy w domu, jeszcze słońce nie zaszło i szykujemy się, żeby wyjść na noc do ziemianki.

Kwiecień to był chyba, ale tam śniegi długo leżały. Nadchodził wieczór, ale kobiety – mama i ta druga - mówiły "jeszcze do pieca trzeba, bo idzie mróz" i jeszcze trochę i jeszcze zwlekały.

Nagle patrzymy - ktoś przebiegł koło okna. Jeden. Za chwilę drugi, trzeci. Tam koło lasu, z jednej strony, z drugiej strony. Wychodzimy, a tu strzelili raz czy dwa.

"Wszyscy wrócić się do pokoju" - słyszymy. I wróciliśmy się. "Leżeć plackiem" - trzeba było ręce trzymać pod głową. I wszyscyśmy leżeli. Najwięcej im chodziło o ojca. Ubliżali mu, szturchali, szarpali, kopali nawet. Mama prosiła o miłosierdzie, to też matkę kopnął. Modliliśmy się wszyscy, bo wiemy, że będzie śmierć. Tylko teraz pytanie, jaka będzie śmierć. Strzelać mogli, ale szkoda było patronów [nabojów - przyp. red.] Siekierę czy widły brali do mordowania.

W tej grupie większość była po cywilnemu, ale dwóch było w mundurach niemieckich, z Galizien Army. I nawet jeden z nich tak trochę po niemiecku mówił - udawał, że to Niemcy. Jakieś pozory chcieli zachować mimo wszystko.

"Dawaj, strielaj"

Najpierw uciekł mój młodszy brat Piotr, miał wtedy 13 lat. Jak? Oni wołali: "Broni!". Myśmy mieli taki KBKS, to się nazywało flobert. Ale nie było do niego nabojów. Poszedł - myślał, że może mu się uda uciec w jakiś sposób - i dał im ten flobert. A oni chcieli jeszcze broni. Bili go, bo słychać było, jak płakał. Założyli mu sznurek na szyję, mówili, że będą wieszać. On krzyczał.

W pewnym momencie słyszymy strzał. Piotra zabili. Za chwilę drugi strzał. To teraz zabili. I trzeci. I ucichło.

Jednocześnie robili rewizję w szafie. Przeglądali wszystko, co lepsze ubrania wynosili, a resztę rzucali. Nagle jeden z nich wpada taki zdenerwowany: "Już, rozzuwać się". Buty zabierali.

Ojciec nie mógł tych butów ściągnąć na leżąco. Pilnowało go czterech Ukraińców. Kiedy jeden z nich usiadł mu na krzyżu, na plecach, drugi ściągał buty. A trzeci mówi: "Co się będziesz męczył, połam mu nogi". Ale ściągnął te buty.

My - czterech chłopaków, mama i tych dwoje ludzi - w tym czasie modliliśmy się "Dzieci moje, modlimy się, bo to śmierć będzie".

Ojciec miał wówczas 40 lat. Był mocny. Chody miał dobre i biegi dobre. W pewnym momencie się zerwał, rękami pchnął tych Ukraińców - przewróciło się dwóch czy trzech - nie wiem, ilu. I przez pokój, z pokoju do kuchni, potem na ganek i 25-30 metrów z jednej strony od domu był już las - ojciec uciekał. Oni wszyscy poszli za nim - "Dawaj, strielaj".

Za ojcem jakieś 20 m pędził młody człowiek - tak około 20 lat mógł mieć - z karabinem. A inni skosem chcieli przeciąć ojcu drogę. Strzelali za nim. Ojciec do potoku się czołgał, gdzie myśmy mieli ziemianki - tam już śnieg stopniał na brzegu od słońca. Jak strzelił piąty raz (widocznie więcej nabojów już nie miał) to ziemia pierzchnęła przed ojcem. Ale on nic nie poczuł. Dopiero jak na Sygły uciekł, to wtenczas dopiero się położył, coś go ukłuło. Zorientował się, że został ranny. Potem to się długo goiło. Nie tak ciężko, ale długo.

W imię Boże uciekajmy

Oni za ojcem. A do nas przylatuje jeden z Ukraińców i mówi: "Macie leżeć pół godziny, nie ruszać się!". No, ale patrzymy, nie ma ich, poszli. Mama mówi: "Dzieci moje, w imię Boże uciekajmy!" Ja ze starszym bratem Jasiem wzięliśmy mamę pod pachę, bo była bardzo przejęta i poszliśmy w las. Doszliśmy do tej nory, ziemianki. Wtedy usłyszeliśmy jeden z strzał z karabinu. Do kogo strzelali, czy kogoś zabili - nie wiem.

Zostaliśmy z tym, co mieliśmy na sobie. Brat mówił, że pójdzie zobaczyć, co się dzieje. Mama mówi: "Dziecko moje, tatę zabili, Piotra zabili, to przecież..." Ale poszedł ostrożnie. Już nikogo nie było. Dom się palił, ale była taka polepa u góry, że drzewo stropowe nie zapaliło się tak szybko. Oknem wszedł, bo ganek był w ogniu i z tych ubrań, które były w mieszkaniu część wyrzucił do ogródka. I mieliśmy się jeszcze jako tako w co ubrać.

Wszyscy żyją!

Rano śledzimy. Śnieg wszędzie, więc po śniegu wyśledziliśmy ślady Piotra - uciekł! Pobiegł na Sygły, do brata, który tam zamieszkał, kiedy się ożenił.

Ojciec był boso. Widać było po śladach, że biegł po śniegu do potoku. Dalej były tyko bose ślady ojca, a więc ojciec też  uciekł! Wsiadł na konia i pojechał na Sygły.

Tata żyje, Piotr żyje, wszyscy żyją. Radość wielka! - całą opowieść ks. Wacław prowadził spokojnie i rzeczowo, ale teraz głos mu drży. I mówi dalej.

- Jak Ukraińcy pobiegli za ojcem, myśmy się rozpierzchli. Ja z bratem Jasiem i mamą osobno. . Najmłodszy Michaś miał 11 lat on poszedł z tą kobietą w inną stronę. Spotkali po drodze Ukraińców, którzy wracali z pogoni. Ona była boso, to jej powiedzieli "Babuniu, owiń sobie nogi". Widzieli ich, mogli ich zabić. Ale nie zrobili tego, chodziło im przede wszystkim o ojca, bo brał udział w życiu politycznym, był trochę mądrzejszy.

Michaś, gdy ich zobaczył, znów uciekł w innym kierunku - do sąsiada, Ukraińca. To był najbliższy sąsiad. Do szkoły chodziłem z dziewczyną z tego domu [na zdjęciu z prawej]. Oni byli przekonani, że wszyscy zginęli, że tylko Michaś się uratował i chcieli go już przyjąć za swojego. Dopiero za dnia go znaleźliśmy - szczęśliwe zakończenie tej historii wydawało się niemożliwe, a jednak.

- Gdyby nas bili, na pewno zabiliby wszystkich - tego ks. Tomczyk jest pewien. - A jak mordowaliby, to trudno przewidzieć. Tata rozwiązał problem, kiedy uciekł, bo porwał ich za sobą. – mówi.

Aby do Polski

Po napadzie rodzina Tomczyków nie miała już wątpliwości, że trzeba uciekać. Ale do dalekiej drogi trzeba było się przygotować.

- Krowy wypuścili, konia wypuścili, kur trochę wypuścili, ale reszta się spaliła i świnie też. I dom, i stodoła, i obora - wszystko się spaliło, co było. Krowy daliśmy Ukraińcowi. Jałówka była taka dość spora, tośmy ją zabili, żeby było co jeść. Na wóz załadowaliśmy, co tam jeszcze było pochowanego do jedzenia i pojechaliśmy na Sygły i do Kałusza. Tam byliśmy ze dwa tygodnie. Co się stało z tym małżeństwem, które z nami mieszkało - nie wiem - ks. Wacław mówi, że Kałusz był przystankiem w drodze rodziny Tomczyków do Polski. - To było pierwsze miasteczko powiatowe. Większość była Ukraińska, choć byli też Polacy. Milicja była i kościół katolicki – wspomina ks. Tomczyk. Kałusz był bezpieczniejszym miejscem, bo napadów dokonywały bandy bojowe na wioskach, poza kontrolą milicji. - Wóz nam się przydał, bo brat nim jeździł. Temu zawiózł, temu przywiózł - usługi pełnił i tak sobie pomagaliśmy – wspomina.

Jak zginął wujek

- Ciekawa historia. Kiedy Polacy z Kałusza wyjeżdżali, ich domy nie raz były spalane, a nie raz oszczędzane. Ukraińcy oszczędzali dla siebie takie lepsze budynki. Tam nieraz były pochowane jakieś zasoby, żywność, nawet ziemniaki w kopcu. Można było je zdobyć, ale trzeba było je przywieźć. Polacy bali się. Szli więc do komendy niemieckiej. Niemcy nie chcieli pozwolić, ale zdarzało się, ze czasem pozwalali i dawali dla bezpieczeństwa Węgrów - kilku żołnierzy węgierskich. I wtenczas z tymi żołnierzami jechało się do tych osiedli i gdzie kto co miał, to jeszcze przywoził do Kałusza. Z Kałusza my tylko raz pojechaliśmy na te wsie coś przywieźć. Ale innym razem pojechał wujek (jego żona, wujna to była siostra ojca) Amerykanin, bogaty człowiek, parę koni. Nie chcieli go puścić. Z wojska węgierskiego nikt z nim nie pojechał. Więc pojechał sam do swojej miejscowości zajechał na podwórze. Przyjechali Ukraińcy i zastrzelili go, a konie wzięli. Tak zginął. Zostawił córkę, Franię, która wyszła za mąż za Jarosza na Międzywodziu.

Padew ostatnim przystankiem

- Już wtedy organizowano wyjazdy do centralnej Polski. Myśmy mieli rodzinę w Baranowie Sandomierskim na Międzywodziu, teraz Skopanie się to nazywa. Brat matki tam mieszkał, mój chrzestny. Jechaliśmy razem, pięć rodzin w  jednym wagonie z Ukrainy do Skopania na stację. Do tego jedni mieli krowę, ktoś konia - opowiada. Ścisk w pociągu był duży, ale bezpieczeństwo nie miało ceny.

Nie od razu rodzina Tomczyków trafiła do Padwi. Najpierw zamieszkała w domu wujka w Skopaniu. - Wujek był chory, miał pięcioro dzieci, więc miał tam kto jeść. A tu nas przybyło jeszcze czterech chłopaków. Tata chory, bo ranny, rana się długo goiła. Więc wszyscy poszliśmy na służbę. Ja byłem w Dymitrowie Dużym na służbie od kwietnia czy maja do Bożego Narodzenia - opowiada. - A potem, kiedy w Padwi Niemcy odchodzili z kolonii niemieckiej (z centralnej Polski Niemcy zabierali swoich obywateli), to zostały budynki. Władza się organizowała i tym rodzinom, które ze Wschodu przyjechały, dali te budynki - tak rodzina Tomczyków zamieszkała w Padwi. Ale nie było pewne, czy tu zostanie.

- Ojciec pojechał nad Krosno Odrzańskie, były tam duże budynki, także będzie gdzie gospodarować. Ale mama się uparła. Mówi: "Tam znów będzie wojna za ileś lat, jak nie my to nasze dzieci będą uciekać znów, tak jak na wschodzie." I tak w Padwi zostaliśmy, na zachód nie pojechaliśmy. I zaklimatyzowaliśmy się. I tak się już padwiakami nazywamy - mówi ks. Wacław.

Ukrainiec, nierób

- Początkowo przyjęcie przez padwiaków nie było takie łaskawe. Bo to włóczęgi, uciekinierzy, nieroby. Jakoś nie rozumieli ludzie, że nieszczęście ludzi spotkało i trzeba im pomóc – wspomina ks. Tomczyk. - Była nawet taka sytuacja, że jakieś drewno zostało po Niemcach i ktoś po nie przyjechał. Ojciec prosił: "Zostawcie mi, czym będę palił". "Zapałką se zapal" – tak odpowiedział jeden taki niedobry. Ale byli i dobrzy ludzie. Wzięli w obronę ojca i nas. Na przykład Rzeźnik Kazimierz, Władek Gil, Olechowski – okazane dobro zostało w pamięci księdza na lata.

- Choć jeszcze w szkole, kiedy tak trochę zaciągałem po wschodniemu, to mnie "Ukrainiec" nazywali. Miałem taki czarny płaszcz, kołnierz pluszowy, jak Żydzi mieli (bo dostaliśmy go w ramach pomocy) to mnie niektórzy nazywali "Ruski Żyd". Wtedy walczyłem, rzucałem się i broniłem swojej godności. I na tym dobrze raczej wyszedłem – wspomina młodzieńczy zapał z uśmiechem.

Żal, bunt, gniew

Ks. Wacław dziś o wydarzeniach sprzed 70 lat potrafi mówić spokojnie. Dużo czytał na ten temat i rozumie mechanizmy, które wówczas kierowały ludźmi. Ale nie od początku tak było. - W pierwszym momencie we mnie powstał żal, bunt, gniew. Jakbym ich dopadł, to bym się mścił. Tak nieraz mówiliśmy, że my się musimy odegrać – przypomina.

- Kiedy byłem na służbie w Dymitrowie, stacjonowało tam wojsko ruskie. Wojskowi mnie lubili, bo mówiłem trochę po rusku, lepiej mnie rozumieli. Brali mnie do roboty, nieraz kazali coś innym wytłumaczyć. I ja im mówiłem: "My jeszcze wrócimy do swojego. Tylko jak wrócimy, jak to spalone?", a jeden z nich odpowiedział: "Nie, dytyno, nie wrócicie". On już wiedział, bo był politycznie zorientowany, że to już jest oddane dla Rosji – wspomina.

Ukraińcy nie byli tacy

W 2014 roku, 70 lat po ucieczce z Ukrainy, dzięki pomocy Krzysztofa Strzeleckiego z Mielca, bratanica księdza Wacława zorganizowała wyprawę w miejsce tragicznych wydarzeń sprzed lat. To była bardzo emocjonalna wycieczka. - Po 70 latach z radością spotkałem się z koleżanką z Ukrainy [na zdjęciu z prawej] - mówi. Ksiądz nie czuje żalu do Ukraińców. - Oni byli dobrymi ludźmi. Ukraińcy nie byli tacy, jak ci, co mordowali. Żałowali, współczuli nam Polakom, że tak się dzieje, że musimy uciekać - przypomina sobie. - Ale banderowcy gotowi byli nawet swoich ludzi zabić i często to robili - mówi. Z jego opowieści przebija ważna prawda. - To zrobiły nacjonalizmy – mówi.

Morderstwa w rodzinach

Okrutnych historii było wówczas wiele. Ale najtragiczniejsze według księdza Wacława były te, gdzie zabijano się wewnątrz rodziny. - Były też mordy w rodzinach polsko-ukraińskich. Tam, gdzie największa jest przyjaźń, miłość, zżycie, tam też weszła propaganda ukraińska. Ukrainiec musiał zabić żonę, jak była Polka, musiał zabić ojca, jak był Polak. To były straszne rzeczy – mówi.

- Taki jeden przypadek był tragiczny. Syn - Polak. Ojciec - Ukrainiec, ale matka Polka. Syn poszedł do tej organizacji ukraińskiej, młodzieżowej. Zmieniał się na coraz gorszego. Dali mu rozkaz zabić matkę, bo Polka. I on tłumaczył ojcu, ze to zrobi. Ojciec: "Jak to zrobisz?" I on opisuje, że weźmie do stodoły podstępem i sznurem zarzuci, zwiąże - tak opisuje. "Aha, to tak byś to zrobił..." Ojciec nie wytrzymał. Związał go i zabił własnego syna. Tragedia straszna. Tam, gdzie w rodzinach jest największa miłość potrafili zniszczyć miłość małżeńską, miłość rodzinną... Najważniejsza to była Ukraina, jak przykazanie, prawo Boże – nacjonalizm to według ks. Wacława przyczyna tych mordów.

To była Polska?

- A przecież to były tereny spokojne, dobre. I ludzie też tacy – wspomina. - Ale zastanawiam się – przecież tam nigdy nie było Polski. Ruś Czerwoną wraz ze Lwowem przecież Jadwiga dostała od Ludwika Węgierskiego we wiano. Ale to był przecież książę ruski. Pojechała i te grody niby odzyskała – przypomina historię ks. Wacław. Co prawda niektórzy badacze przyjmują, że za panowania Bolesława Chrobrego te ziemie wchodziły w skład Polski, ale nawet przez nich były traktowane jako ziemie mieszanego pogranicza polsko-ruskiego. - Halicz też był ruski. Tam Polacy pomału szli, bo były ziemie do wzięcia w posiadanie, czy do kupna. A potem majątki były duże, to dawali Wiśniowieckim, Rzewuskim. To były pany. A ci Ukraińcy tam żyli w hutorach, w biedzie. Już się budziła zazdrość, że oni są lepsi. Polak to przeważnie był pan, a tej biedoty ukraińskiej było bardzo dużo – próbuje zrozumieć przyczynę tych tragicznych wydarzeń na Ukrainie.

 

Ks. Wacław Tomczyk

Urodził się w 1929 roku w Krzątce, niedaleko Majdanu Królewskiego. Jako pięcioletni chłopiec wyjechał z rodziną na Ukrainę, gdzie żył przez 10 lat do czasu ataku banderowców. W 1944 roku wrócił do Polski, do Skopania. Niebawem przeniósł się do Padwi Narodowej, gdzie jego rodzina dostała dom opuszczony przez Niemców po II wojnie światowej. W roku 1956 przyjął święcenia kapłańskie. Pełnił posługę między innymi jako proboszcz Gierczyc, Bogorii, Koprzywnicy i parafii Przedbórz. Obecnie przebywa w Domu Księży Emerytów w Sandomierzu. Jest jednym z ostatnich świadków historycznej rzezi na Ukrainie z lat 40. ubiegłego wieku.

Zdjęcia (2)

Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu korso.pl. Agencja Wydawniczo Reklamowa Korso Spółka z o.o. z siedzibą w Mielcu, ul. Biernackiego 1/4, 39-300 Mielec jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Pozostałe

optAd360 AI Engine -please insert this code on EVERY PAGE at the top of thesection- ---------------------------------------------------------------