Niesamowite przygody Magdaleny Łączak [reportaż]

  • 28.01.2018, 02:31
  • M. Mateja
Niesamowite przygody Magdaleny Łączak [reportaż]
Kilka tysięcy kilometrów na rowerze, wyprawa na Ural czy zdobycie najwyższego szczytu Europy i w końcu spróbowanie swoich sił w ultramaratonach - o tym wszystkim mogli posłuchać miłośnicy biegów i kibice Magdaleny Łączak, podczas jej spotkania autorskiego.

Biegaczka zaznaczyła, że głównym założeniem spotkania jest przybliżenie jak najdokładniej  dyscypliny, jednak nie zabrakło także bardzo ciekawych historii z życia mielczanki. - Jestem osobą, która jako dziecko była absolutnie zaprzeczeniem sportowego stylu życia, oczywiście bardzo dużo biegałam po podwórku, ale w szkole, w biegu na 100 metrów byłam ostatnia albo po wielkich modłach - przedostatnia. To była dla mnie jedna wielka tragedia.

Zwolnienie z WF-u

W liceum miałam farta, udało mi się załatwić zwolnienie z wf. i skończył się mój wielki horror. Więc tę część życia przeżyłam zupełnie niesportowo, chociaż nie ukrywam, że już wtedy zaliczyłam pierwsze wyprawy. Byłam aktywną harcerką, ale nie miało to nic wspólnego ze sportowym życiem. W liceum też przydarzyła mi się pewna przygoda – doznałam kontuzji ręki. Po operacjach palców nadarzyła się okazja wyjazdu rowerowego po Europie, byłam wtedy osobą niepełnoletnią, ale także bardzo przekorną.

Przy wypisie ze szpitala mój tato delikatnie zapytał lekarza, czy mogę jeździć na rowerze. Lekarz spojrzał na nas tak, jakby chciał nas skierować od razu na oddział psychiatryczny. Wyszliśmy stamtąd z absolutnym zakazem aktywności fizycznej. Niestety, mimo tego kilka dni później wsiadłam na rower i pojechałam. Miałam tego farta, że była straszna ulewa i gips mi się rozpuścił. Uznałam, że jest to zrządzenie losu i tak miało być. Na szczęście nic mi się nie stało, opatrzność nade mną czuwała – opowiada Magda.

Ural i pierwszy ultramaroton

To nie koniec przygód mielczanki, bo już rok później, kupując samochód, postanowiła wraz ze znajomymi wyruszyć na wyprawę do Afryki z zamiarem pokonywania terenów wojennych, takich jak Sudan i Czad. - Nasza podróż skończyła się w Grecji, gdzie nie udało się nam dostać na prom do Aleksandrii i wtedy to wyciągając atlas świata wielkości mojej dłoni, wynaleźliśmy Ural, który był naszym drugim marzeniem. Skręciliśmy koła naszego ogórka i skierowaliśmy je na północ świata. Dotarliśmy do Uralu. Tak się narodziła nasza miłość do tego miejsca, do którego w późniejszym czasie jeszcze wróciliśmy – kontynuuje.

Przygoda z ultramaratonami zaczęła się w 2010 roku. Wtedy to Magdalena Łączak postawiła wszystko na jedną kartę i spróbowała swoich sił w bardzo wymagających i wykańczających dystansach. - Wtedy były inne czasy, były dwa biegi – Bieg Rzeźnika i pierwsza edycja Biegu Siedmiu Dolin. Z perspektywy czasu cieszę się, że tak było, bo w naturalny sposób byliśmy ochronieni przed możliwością przetrenowania i zniszczenia organizmu. Zrobiliśmy wtedy furorę, zaskoczyliśmy też samych siebie, wygraliśmy Bieg Rzeźnika i pokonaliśmy rekord o ponad dwie godziny – wspomina biegaczka.

Mistrzostwa świata

Magda szczególnie emocjonalnie wspomina start w mistrzostwach świata w 2014 roku. W tym też czasie Jan Wierzejski nagrywał film "Mój czas", którego główną bohaterką jest właśnie Magdalena Łączak.

- Nie dosyć, że to były moje pierwsze duże zawody, to jeszcze miał mi ktoś towarzyszyć z kamerą. Pamiętam jak dziś, gdy zaznaczałam, że jak zobaczę Janka na trasie, to nie będę zwalniać, teraz wydaje mi się to śmieszne, ale rzeczywiście umówiliśmy się, że zero gwiazdorzenia – opowiada ultramaratonka. - Co do samych zawodów, to wydawało mi się, że znam tę trasę doskonale, więc to był pierwszy start, gdy nie pojechaliśmy wcześniej, by potrenować w górach, w których mieliśmy biegać.

Te mistrzostwa to niesamowite doświadczenie, strome podbiegi dosłownie jak ściana, pionowy wyciąg, nie mogłam uwierzyć, że my tam będziemy wbiegać. Później oczywiście okazało się, że się da. W pewnym momencie zobaczyłam osobę robiącą zdjęcia, mężczyzna był bardzo zdziwiony na mój widok. Na tych zawodach było mnóstwo sław, w zasadzie cała czołówka biegaczy, a on nagle widzi mnie, nieznaną nikomu postać, która na dodatek biegnie na trzeciej pozycji. Bardzo mnie to zmobilizowało, darłam do góry na lodowiec. Z perspektywy czasu wiem, że to było głupie. Był to 25 kilometr, a zawody mają 80, więc tak szarżują tylko wariaci, do których chyba i ja się zaliczałam – mówi ze śmiechem. - Po dłuższej chwili zorientowałam się, że nie ma znaków trasy. No i wtedy zaczęła się nerwówka.

Walka

Byłam pewna, że znam drogę. Po włączeniu trasy w zegarku, okazało się, że jest ona kilometr w bok. Straciłam ponad 20 minut. Mimo tego to była dla mnie dobra lekcja. To się często zdarza, że się poddajemy. Nie idzie nam, nie jesteśmy tam, gdzie chcielibyśmy i nagle mówimy "szkoda zdrowia". Nie szkoda nam było zdrowia, gdy stawaliśmy na starcie cztery godziny temu, ale po czterech godzinach, przez dwadzieścia minut już nam tego zdrowia szkoda. Ja wtedy nie byłam mądra, ale też nie miałam nic do stracenia. Powiedziałam sobie tak: "Dziewczyno, czy ty tu będzie dziesiąta, czy pięćdziesiąta i tak nikt nie zauważy. Nikt cię tu nie zna. Dla Polaków nie ma to żadnego znaczenia, w tym sensie, że nikt tego nie obserwuje. Nikt nie spodziewa się, że coś tutaj wielkiego zrobisz".

Pamiętam, że w pewnym momencie słaniałam się na nogach, a ci, których nie tak dawno wyprzedzałam, teraz wyprzedzali mnie. Dodatkowo nad moją głową latał helikopter. Miałam wrażenie, że zaraz mnie zgarnie i zabierze do domu, więc walczyłam ze sobą, starałam się zachowywać tak, bym wyglądała zupełnie normalnie, że się nie zataczam, że biegnę prosto. W akcie desperacji podeszłam do potoku i nabrałam nieco wody, choć nigdy tego nie robię, bo jest to dość ryzykowne. Trochę mi się poprawiło i poszłam va banque. Był z nami kolega, który nas supportował. Powiedział mi, że jestem czwarta, a tam niedaleko jest dziewczyna, która jest trzecia. Wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, pomyślałam - to są mistrzostwa świata, a tam jest dziewczyna, która jest trzecia. Pognałam do przodu, udało mi się ją dogonić i wyprzedzić. Zajęłam trzecie miejsce. Dla mnie to największy sukces biegowy i ogromny sukces pracy nad samą sobą. Naprawdę niewiele wtedy brakowało, bym zeszła z trasy. 

M. Mateja
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe