Policjanci zlikwidowali plantację konopi w gminie Radomyśl Wielki. Akcję trudno nazwać sukcesem, bo wśród nielegalnie zasadzonych roślin znajdowały się i te, na które właściciele mieli pozwolenie.

  • 16.11.2017, 11:07 (aktualizacja 17.11.2017 16:20)
  • Msk
Policjanci zlikwidowali plantację konopi w gminie Radomyśl Wielki. Akcję trudno nazwać sukcesem, bo wśród nielegalnie zasadzonych roślin znajdowały się i te, na które właściciele mieli pozwolenie. Msk
W sierpniu napisaliśmy, że w jednej z miejscowości znajdującej się w gminie Radomyśl Wielki policjanci odkryli niemal pół tysiąca krzaków konopi oraz dziewięć kilogramów suszu roślinnego. Odpowiedzialny za uprawę marihuany 31-letni mężczyzna miał trafić do aresztu na dwa miesiące. Wyszedł jednak trzy dni później. Dotarliśmy do posiadacza uprawy, który przedstawił nam swoją, nieco inną wersję wydarzeń.

W połowie sierpnia policjanci wpadli do domu Rafała Tabora, gdzie wycięli i skonfiskowali całą uprawę konopi. Funkcjonariusze policzyli, że krzaków było niemal pół tysiąca. - Nie było ich nawet połowę tyle, rośliny były bardzo duże, policjanci zniszczyli siekierami krzaki, które wymieszali. Liczyli każdą łodygę, nie roślinę! Zabrali mi nawet pietruszkę oraz nasiona, które powinny być, a nie są, przechowywane w lodówce – mówi Rafał Tabor, oburzony postawą funkcjonariuszy. Następnie mężczyzna wraz z bratem, który był wtedy u niego w domu, wylądował w areszcie, z którego wyszedł jednak zadziwiająco szybko.

- Został zastosowany wobec podejrzanego areszt warunkowy, po wpłaceniu ustalonej przez sąd kaucji Rafał T. został wypuszczony - mówi prokurator rejonowy w Mielcu Marian Burczyk.  Rafał Tabor podczas przesłuchania bronił się, mówiąc, że nie odróżnia legalnych konopi od nielegalnych. – Zeznałem tak, bo policjanci, którym mówiłem, po co uprawiam konopie i że mogę to udowodnić, nie chcieli mnie słuchać. Jeden z nich powtarzał mi cały czas, żebym nie trzymał się takiej wersji, bo ona jest błędna. Nie wiedziałem wtedy, co mam robić. Nie chcę jednak dłużej tego ukrywać. Zrobiłem to świadomie, żeby wytwarzać z nich olej i pomóc chorym - mówi. Policja sprawy nie zamierza komentować.

 Wszyscy wiedzieli o uprawie

Mężczyzna jest rolnikiem. Od lat wraz z ojcem prowadzi działalność gospodarczą. To firma ogrodnicza Krzewy Ozdobne i Choinki Świąteczne. Od dwóch lat ma zarejestrowaną legalną odmianę konopi. - Działalność jest zarejestrowana na ojca, ja ją jednak prowadzę - mówi Rafał Tabor. Rośliny rosły w widocznym miejscu.

- Przy drodze stał bilbord wraz z suszoną marihuaną. Wszyscy więc o tym wiedzieli, nie ukrywałem, że uprawiam konopie - mówi Rafał Tabor.

Szkopuł w tym, że wśród legalnych konopi, zawierających znikomą ilość substancji psychoaktywnej, w jego ogrodzie i domu znajdowały się też krzaki zawierające tę zakazaną substancję THC. - Uprawiałem te krzaki, bo tłoczyłem z nich olej potrzebny dla chorych, którzy prosili mnie o pomoc. Zdecydowałem się na to, ponieważ rośliny zawierające tyle samo substancji leczniczej CBD co psychoaktywnej THC leczą takie choroby jak autyzm, lekooporna padaczka czy stwardnienie rozsiane. W takiej proporcji substancje zawarte w konopiach pomagają i wbrew wszelkiej opinii nie są wyczuwalne przez chorego, czyli nie odurzają. Chorzy mogą jedynie się lepiej poczuć, co jak widać, nie jest wskazane - opowiada rolnik, któremu według polskiego prawa, za uprawę i przetwarzanie marihuany grozi nawet do 10 lat więzienia.

Bardzo drogie lekarstwo

Wiele badań przeprowadzonych na świecie potwierdziło medyczne działanie konopi indyjskich, zwanych marihuaną. 

Przykładem są prace dr. Jerzego Jarosza, który przez sześć lat prowadził badania kliniczne z zastosowaniem Sativexu (leku, który w swoim składzie zawiera marihuanę) w leczeniu bólów nowotworowych odpornych na silne leki przeciwbólowe.

Rafał Tabor także uważa, że roślina leczy. - Od chorych, którym olej pomagał, wiem, że uśmierza ból w chorobie nowotworowej, a nawet ją leczy, zapobiega napadom padaczki, na którą tradycyjne leki nie działają, a także zapobiega kolejnym rzutom choroby w stwardnieniu rozsianym - mówi.

Pomimo że w wielu krajach można nią leczyć, u nas wciąż są z tym problemy. Ostatnia wprowadzona przez sejm ustawa nic nie zmienia w tej kwestii, owszem lekarz, gdy jesteśmy chorzy, wypisze nam receptę na lek z marihuany (np. Sativex), jednak wciąż nie będzie nas na niego stać, bo opakowanie takiego leku kosztuje 2,4 tys. złotych. Wcześniej, gdy szczęśliwcom udało się zdobyć receptę, lek był refundowany, teraz już tak nie jest.

-To wszystko jest zabawne, nie do śmiechu jest jednak tym, którzy są chorzy i wiedzą, że uprawianie i wykonywanie leków z tej rośliny może kosztować 10 złotych, a  nie 2,4 tys. za opakowanie. To jakiś absurd – mówi Rafał Tabor, który w sądzie zamierza udowodnić, że z nielegalnych konopi wytwarzał olej mający działanie lecznicze.

 

Msk
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Szwek
Szwek 17.11.2017, 17:24
A co mial powiedziec?ze sadzi na handel i ziolo? Przeciez nie powie prawdy zeby sam siebie wkopac.

Pozostałe