Jadwiga Klaus: Sztuka to moje życie

  • 25.04.2017, 09:30 (aktualizacja 25.04.2017 10:10)
  • Elżbieta Obara
Jadwiga Klaus: Sztuka to moje życie fot. Elżbieta Obara
Jadwiga Klaus z pasją i uśmiechem opowiada o swojej pracy w kulturze. Jest bardzo naturalną, ciepłą, uśmiechniętą i pogodną kobietą. To dusza artystyczna. Kocha to, co robi i zaraża innych pozytywną energią. Kocha też ludzi, muzykę, teatr i kino. Uwielbia czytać książki. A jaką ma receptę na szczęśliwe i pogodne życie?

Jadwiga Klaus wychowała się w małym miasteczku na Mazurach, w Działdowie. Pochodzi z artystycznej rodziny. - Moi rodzice byli bardzo muzykalni. Moja mama była instruktorem, a później kierownikiem Domu Kultury w Działdowie. Brat mojej mamy był śpiewakiem operowym, bardzo znanym we Włoszech. Śpiewu uczyłam się u mojej mamy, w zespole. Właśnie tam zdobywałam swoje pierwsze umiejętności muzyczne. A mój tato, multiinstrumentalista, kierował orkiestrą. Grał na tubie, skrzypcach, pianinie, a przede wszystkim na gitarze. Sam robił sobie gitary – wspomina z uśmiechem.

- Moja mama prowadziła teatrzyki i estrady. Sama pisała sztuki i robiła scenografię. Była znana jak na tamte czasy i otrzymała nagrodę ministerialną za sztukę "Baśń o zaklętym kaczorze", gdzie grałam główną rolę Weronki. Było to tak dobrze zagrane, że w nagrodę występowaliśmy w zawodowym teatrze w Olsztynie. To było niesamowite doświadczenie. Pamiętam jeszcze jako dziecko, jak przyjechało Polskie Radio i wraz z siostrami byłyśmy nagrywane. Śpiewałam wtedy piosenkę "Ej, przeleciał ptaszek" i przepowiedziano mi "przyszłość Mazowsza czy Śląska". Mój dom rodzinny był pełen sztuki teatralnej, tanecznej i muzycznej – mówi pani Jadwiga.

Naturalność wygrała

- Mama pytała mnie, co chciałabym robić po maturze. Oczywiście chciałam śpiewać. To było takie naturalne. Znalazłam ogłoszenie o przyjęciach do "Mazowsza". Nie miałam na tyle pieniędzy, ale udało mi się uzbierać odpowiednią kwotę i dzięki temu mogłam pojechać do Karolina na egzamin. Nie miałam  sukienki ani butów. Do tego pojawiły się inne przeszkody. Pomimo tych trudności przedstawiłam wszystkie swoje umiejętności najlepiej jak umiałam. Nie dążyłam za wszelką cenę, aby się dostać. Na egzaminie usłyszałam tylko "biały głos", to jest silny, góralski głos. Byłam naturalna i tym zyskałam. Naturalność wygrała. Dostałam się, a tato chodził taki dumny. To było wielkie przeżycie, bo na 300 kandydujących dostawało się tylko 12 osób.  

- Po kilku miesiącach "Mazowsze" wyjechało na tournee, a grupa stypendystów została. Przyjechała dziewczyna ze Śląska i nauczyła mnie piosenek "Helo, helo, Helenko" i "Ondraszek" i jej to zaśpiewałam. Powiedziała:  "Co ty tu robisz? Do Warszawy przyjechał Zespół Pieśni i Tańca "Śląsk", jedź na egzamin, bo tam jest chór". Po "Aleksandrowie" jest to drugi chór w Europie. - Nie miałam nic do stracenia, najwyżej zostanę w "Mazowszu" - wspomina pani Jadwiga. - Pojechałam, zaśpiewałam i się dostałam. Nigdy nie zapomnę mojego występu na 15-leciu zespołu "Śląsk", podczas którego zaśpiewałam solówkę. To było wspaniałe przeżycie. Niestety, sytuacja życiowa zmusiła mnie do następnych podróży. Zdawałam do Orkiestry Wojskowej we Wrocławiu oraz do Opery Operetki w Krakowie. Dostałam się, ale szybko musiałam zrezygnować ze względu na niskie zarobki. I tak dotarłam do Mielca.

Ciąg dalszy w 17 wydaniu Tygodnika Regionalnego Korso.

Elżbieta Obara
Podziel się:
Oceń:
 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe