|
Piątek
Maj 18
| |
|
Rozmiar tekstu
|
Publicystyka
Historia
Pistolet w celi i niedziela bez Teleranka | Pistolet w celi i niedziela bez Teleranka |
|
|
| 15.12.2011. | ||||||||
![]() Stan wojenny to jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń w Polsce po II wojnie światowej. Gdy opozycyjnym optymistom wydawało się, że wiosna Solidarności zmieni Polskę na lepsze, w gabinetach komunistów trwały przygotowania do złamania solidarnościowego zrywu. W nocy z 12 na 13 grudnia rozpoczęły się pierwsze aresztowania działaczy Solidarności, jeszcze przed formalną decyzją Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego. Polacy dowiedzieli się o nim w niedzielę 13 grudnia o godz. 6, z przemówienia gen. Wojciecha Jaruzelskiego. - Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią – mówił ówczesny szef rządu i minister obrony narodowej. O taki stan rzeczy oskarżył działaczy Solidarności i to w nich władze PRL wymierzyły główne uderzenie. Form represji było wiele. Najbardziej aktywni trafiali do ośrodków dla internowanych, urządzonych naprędce w aresztach i więzieniach. Przez tzw. „internaty” przeszło ponad 10 tysięcy osób, w tym większość przywódców „S” z Lechem Wałęsą na czele. Wśród internowanych znaleźli się również mielczanie: m.in. Stanisław Stachowicz, wówczas szef Międzyzakładowej Komisji Koordynacyjnej „Solidarność” Ziemi Mieleckiej, Stanisław Różycki, Jan Szymański, Fryderyk Gaj, Stanisław Kalita. Aresztowanie Jak pisze Stanisław Kalita z Trzciany (wówczas od roku w rolniczej Solidarności) w swych wspomnieniach (zamieszczonych na portalu o mieleckiej opozycji), w tę mroźną niedzielę po mszy św. wyjechał rowerem do kolegów, aby sprawdzić nastroje. Już w Czerminie zatrzymał go milicjant. Gdy znalazł się w służbowym pokoju, zastał komendanta Buczkowskiego wystrojonego w mundur galowy. Ten zakomunikował Kalicie: - Dziś o północy na obszarze całego kraju został wprowadzony stan wojenny ... Gdy komendant jeszcze ciągnął o restrykcjach wynikłych ze stanu wojennego, Kalita zerknął w bok i spostrzegł w kącie oparte trzy karabiny, koło których stała metalowa skrzynka (chyba z amunicją) oraz dwie torby z gazmaskami. Komendant, kończąc recytację Dekretu o stanie wojennym, zapytał: - Gdzie obywatel jeździł bez zezwolenia władz i w jakim celu? Kalita nie mógł szybko znaleźć w głowie jakiejś logicznej odpowiedzi i po chwili namysłu odpowiedział. - Wie pan, panie komendancie, mamy już bardzo starą krowę, która prawie nie daje mleka, a to, co tam się czasem udoi, nie wystarcza dla wszystkich. W sklepach oprócz octu niczego zastępczego nie uświadczy, więc wybrałem się raniutko w nadziei, że ktoś będzie miał jakąś młodą krowę do sprzedania ... Komendant rąbnął pięścią w stół i ryknął rozdrażniony: - Co mi tu za bzdury obywatel opowiada. Cała rozmowa trwała może z dziesięć minut. Kalita uznał, że nie jest aresztowany i dał do zrozumienia, że pora najwyższa się pożegnać. Niezatrzymywany przez nikogo wyszedł z posterunku i wsiadł na rower. Wrócił to Trzciany. W domu córka Wandzia podała obiad. Wtedy przyjechali milicjanci. Zdążył tylko szepnąć żonie, aby materiały związkowe dała na przechowanie sąsiadowi Tadeuszowi Łazowi. Funkcjonariusze zapakowali Kalitę do gazika i odwieźli na komendę w Mielcu. Gdy tylko krata się za nim zamknęła, związkowiec usłyszał znajomą formułkę o stanie wojennym. Następnie podano mu dokument do podpisania na temat lojalności względem władz PRL. Odmówił, oświadczając, że organizacja związkowa, którą reprezentuje, jest legalna i z własnej oraz nieprzymuszonej woli do niej należy, polityki nie uprawia, tylko w ramach statutu Związku, zatwierdzonego przez sąd PRL, występował w obronie praw chłopskich. Wkrótce Kalitę wywieziono do więzienia w Załężu pod Rzeszowem. Niszczenie niewinnych W tym samym więzieniu komuniści internowali Stanisława Stachowicza. - System komunistyczny niszczył ludzi zdolnych i niezależnych. „Wolność, równość, suwerenność” - hasła wykrzykiwane przez orędowników tamtego ustroju nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Robiono wszystko, co było tego zaprzeczeniem. Dowodem wprowadzenie stanu wojennego. Przez decyzję władz z 13 grudnia 1981 roku internowano wielu niewinnych ludzi, łamano prawa człowieka i Konstytucję PRL, która mówiła o wolności człowieka – podkreśla Stanisław Stachowicz. Jak mówi, zabieranie wolności i obdzieranie z godności odbywało się nie tylko w celach więziennych, ale tam szczególnie widać było nie po raz pierwszy bunt przeciwko nieludzkiemu systemowi. Stachowicz z tamtych dni, spędzonych bezprawnie w więziennej celi, dobrze pamięta biskupią wizytę. Po wspólnej mszy wszyscy aresztowani z całych sił zaśpiewali kolędę: „Bóg się rodzi.” - Aż mury więzienia zadrżały, a strażnicy więzienni stali osłupieni. Po tym wydarzeniu zmienili też do nas swój stosunek. Chyba wmówiona im teoria, że jesteśmy przestępcami, w stosunku do tego, co zobaczyli, straciła na znaczeniu. Przypuszczam, że zrozumieli, iż jesteśmy więzieni w karygodnych warunkach, bezprawnie – stwierdza Stachowicz. - Cały czas starałem się być niezłomny. Podczas przesłuchań nie uległem presji wywieranej na mnie celem wyrzeczenia się poglądów albo wyjazdu z kraju razem z rodziną. Nie obyło się bez prowokacji. Jedną z nich było pozostawienie w pokoju przesłuchań pistoletu przez funkcjonariusza SB, który celowo wyszedł wtedy na papierosa. Liczył pewnie na to, że chwycę za broń, a wtedy udowodnienie winy byłoby tylko formalnością do skazania mnie na długoletnie więzienie. Trzeba było mieć bardzo mocną psychikę, aby się nie załamać i nie popełnić błędu – mówi Stachowicz, którego wypuszczono po pół roku, 17 czerwca 1982 r. W celi poza celem Ze wspomnień Kality: „Na początku stycznia zostałem przeniesiony do celi nr 320. Powodem było ciągłe „rozrabianie” w celi. Chodziło nam o spacer, którego byliśmy całkowicie pozbawieni. Nie mieliśmy prawa uczestniczyć także w nabożeństwach w niedziele i święta. Mogliśmy tylko wysłuchać mszy św z głośnika umieszczonego nad drzwiami cel. Wszystko to nas nie zadowalało. Waliliśmy więc pięściami w okute blachą drzwi. Echo po pustym korytarzu było dosyć potężne, co władze więzienne bardzo złościło. W jedną z niedziel, po takim „koncercie”, klawisz otworzył drzwi, a za nim na korytarzu stało kilku ZOMO-wców, jeden trzymał rozwinięty wąż od hydrantu, pozostali w łapskach dzierżyli gotowe do użycia gumowe pały. W celi 320 siedzieli: Stanisław Dobosz, Robert Ozorowski, Jan Czajkowski, Janusz Kotulski”. Jak pisze Kalita, czas internowanym schodził na oczekiwaniu na spacer, na przesłuchanie przez esbeka, komentowanie wiadomości podawanych przez radiowęzeł lub opowiadaniu historyjek, kawałów, grze w warcaby, lub iskaniu pcheł, bo na zmianę bielizny pościelowej i osobistej, jak i łaźnię, musieli poczekać do drugiej połowy stycznia lub początku lutego. A tak wspomina przesłuchania. „Klawisz wywoływał jednego z nas i prowadził do osobnej celi, gdzie czekał pracownik SB, który na wstępie pytał o zdrowie, powodzenie, samopoczucie, jak troskliwy i litościwy ojciec. Wyglądało to na kpiny, ale nigdy nie okazywałem tego po sobie, że to tak odbieram, zawsze podziękowałem za troskę, dodając, że chyba wie, gdzie się znajduję nie z własnej woli i przetrzymywany bez wyroku, a więc bezprawnie. Jeżeli chodzi o wyrok, to może mi załatwić - powiada - i wylicza mi moje grzechy popełnione względem władzy ludowej: zbuntowanie mieszkańców okolicznych wiosek w celu zajęcia budynku urzędu gminy, niewpuszczenie do niego pracowników, lekceważące ich potraktowanie przy drzwiach, rozpowszechnianie szkalujących Związek Radziecki publikacji”. Po trzech miesiącach internowanie zostaje mu uchylone 17 marca 1982 r. Życie bez praw Stan wojenny wpłynął również na codzienne życie milionów zwykłych Polaków. Wiązał się bowiem z redukcją i tak niewielkich swobód obywatelskich. Polacy nie mogli uczestniczyć w żadnych zgromadzeniach (wyjątkiem były nabożeństwa w obrębie świątyń), pochodach, manifestacjach, a tym bardziej w strajkach. Organizowanie i przeprowadzanie imprez artystycznych, rozrywkowych i sportowych bez uprzedniego uzyskania zezwolenia władzy było niemożliwe. Komuniści zakazali rozpowszechniania publikacji i informacji oraz wykonywania publicznie utworów artystycznych bez uzyskania zgody właściwego organu. Niemożliwe stało się uprawianie turystyki oraz sportów żeglarskich i wioślarskich na wodach morskich. Od 13 grudnia Polacy nie mogli bez specjalnej przepustki opuszczać województwa, w którym byli zameldowani (o wyjeździe za granicę można było zapomnieć), przebywać poza domem między godz. 23, a 5 rano, wypłacać większych kwot pieniędzy z kont oszczędnościowych. Władze wprowadziły kontrolę korespondencji i rozmów telefonicznych Bez przepustki ani rusz Jak odbiło się to na życiu zwykłych mielczan? Oto wspomnienia kilku z nich. - W niedzielne popołudnie, 13 grudnia, miałam wracać na studia do Tarnowa. Rano, gdy rodzice wybierali się na roraty, w domu włączony był telewizor. Nadawano w nim przemówienie generała Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Kilka godzin później moi dziadkowie dowiedzieli się, że internat w Mielcu – obecna siedziba m.in. biblioteki pedagogicznej - został zamknięty, a miejsce w nim zajęli funkcjonariusze ZOMO – mówi pani Katarzyna, która w 1981 roku uczyła się w Studium Pedagogicznym w Tarnowie. - Stwierdziliśmy w domu, że zapewne w Tarnowie też może być problem z internatem, dlatego dopiero na tygodniu wraz z mamą pojechałam pociągiem do Tarnowa. W portierni internatu dowiedziałam się, że nie mogę wejść do pokoju, który zajmowałam, bo teraz mieszkają tam funkcjonariusze ZOMO, a rzeczy, które miałam ja i pozostałe koleżanki z internatu, zostały spakowane. Zaprowadzono nas na salę, w której zobaczyłam sporo przeźroczystych worków. Po ubraniu poznałam, w którym są moje rzeczy. Na korytarzach co chwilę pojawiali się funkcjonariusze. Wyjeżdżając z Tarnowa, dowiedziałam się, że powinnyśmy mieć przepustki, a myśmy ich nie miały. Bałam się powrotu. Wsiadłyśmy w autobus do Mielca. Na granicy Tarnowa kierowca zatrzymał się przed szlabanem. Pamiętam, że funkcjonariusze sprawdzali dokumenty, ale nie wiem, czy tylko kierowcy, czy też pasażerom. Udało nam się szczęśliwie dotrzeć do domu. Za każdym razem, gdy wyjeżdżałam z Tarnowa, musiałam się udać do urzędu, aby wybrać przepustkę na wyjazd do domu. Tak też było, gdy wyjeżdżałam z domu na studia – wspomina tamten czas pani Katarzyna, która wówczas miała 19 lat. - W połowie października 1981 roku miałem opuścić jednostkę wojskową. Już chodziliśmy w cywilnych ubraniach, kiedy to wezwano nas i powiedziano, że zostajemy jeszcze w jednostce przez pół roku. W nocy, 13 grudnia, przestaliśmy w umundurowaniu, z bronią i plecakami w korytarzu. Bez przerwy nadawana była informacja o wprowadzeniu stanu wojennego – mówi pan Adam. - Od tamtej chwili cały czas byliśmy w jednostce, pełniliśmy wartę. Rodzice, chcąc mnie odwiedzić, musieli starać się o specjalne przepustki. Przyjechali w dzień, w którym akurat pełniłem dyżur i widzieliśmy się może pół godziny – dodaje pan Adam, który miał wówczas 25 lat. Dzień, w którym zabrakło Teleranka 7-letni chłopiec (dziś 37-letni mężczyzna), jak zapewne 99 procent innych dzieci w Polsce, wyczekiwał na Teleranek (nadawany od 1972 r. - przyp. red.), edukacyjny program dla dzieci serwowany przez telewizję publiczną w każdą niedzielę o 9 rano, który rozpoczynało najsłynniejsze pianie animowanego kogucika, punktualnie wskakującego na płot. Niestety, nie tego dnia. Zwrot w historii rytuału 7–latka był pierwszym punktem kojarzącym się mu z wprowadzeniem stanu wojennego, chociaż on w ogóle jeszcze nie wiedział, co to w rzeczywistości oznacza. Kolejny punkt to odwołany konkurs piosenki w Osiedlowym Domu Kultury, w którym chłopiec miał wziąć udział. - Niewiele z tego rozumiałem, odwołanie przesłuchań było dla mnie przeżyciem, ale bardziej przejmowałem się tym, że miały na nie przyjechać dzieci ze Starego Mielca. Niestety, komunikacja miejska z momentem ogłoszenia stanu wojennego też została wstrzymana – wspomina dzisiaj Marcin. Moment strachu Teraz już jako dorosły człowiek Marcin, myśląc o stanie wojennym uważa, że wówczas najintensywniejsze emocje wzbudzała w nim godzina milicyjna i powroty z rodzinnych spotkań, kiedy każdy się spieszył, aby zdążyć do domu. Na Marcinie jako dziecku robiło to wrażenie gry, gdzie trzeba coś zrobić na czas, a to podgrzewało emocje chłopca. Bezcenny obraz z tamtych dni, jaki został w jego pamięci, związany z godziną milicyjną, to jeszcze wyraz twarzy sąsiada, który szedł wyrzucić śmieci o 22. Z godziną milicyjną wiąże się też historia pani Alicji, wtedy nauczycielki w jednej z mieleckich szkół. 26 stycznia 1982 roku miała termin porodu. Kiedy zaczął się poród, jej mąż zadzwonił na pogotowie. Było to późno w nocy. - Mąż musiał jechał ze mną do szpitala, a później wrócić do domu z moimi rzeczami. W związku z tym, że była godzina 2 w siarczyście mroźną i śnieżną noc, to dotarcie do domu z torbami wypakowanymi ciuchami wyglądało jak klasyczne skradanie się złodzieja, a nie powrót do domu dumnego męża, który odwiózł żonę na poród ich pierwszego dziecka – wspomina teraz z uśmiechem na twarzy. Z dala od dzieci Panią Krystynę, wówczas młodą mężatkę, ogłoszenie stanu wojennego zastało z dala od dwójki małych dzieci i męża. Pojechała akurat z teściową odwiedzić rodzinę na Śląsku Cieszyńskim. - Przed niedzielą, 13 grudnia, robiliśmy zakupy, bo na Śląsku w tych czasach łatwiej było o każdy towar. Nikt wtedy nie myślał, że wojsko może wyjść na ulice. To, co się stało, było dla nas szokiem, niedowierzaniem. Chyba nikt ze zwykłych ludzi nie zdawał sobie sprawy, co się właściwie stało. Nie można było być pewnym, co przyniesie kolejny dzień. Po co tylu wojskowych kręci się po ulicach miast. Czy będzie wojna? Od takich pytań kłębiło się w głowach. Chciałam jak najszybciej wrócić do dzieci. Udało się. Złapaliśmy autobus do Krakowa, a stamtąd do Mielca, co dziwne, nie pamiętam, żeby nas wtedy ktokolwiek kontrolował. Za to później w Mielcu, na rogatkach, trzeba było nieraz okazywać wojskowym dokumenty. Pewnym postrachem była godzina milicyjna. Gdy jeszcze obowiązywała, byliśmy na weselu u szwagra. Jak wiadomo, zwykle wesela trwają do rana. To zakończyło się długo przed północą, bo goście musieli wrócić do domów przed właśnie przed godziną milicyjną – wspomina kobieta. W parafii kamienne twarze Ksiądz z jednej z mieleckich parafii doskonale pamięta ponure twarze ludzi, którzy przyszli na mszę św w niedzielę, 13 grudnia 1981 roku. - Przed tą datą wszyscy ludzie związani z Solidarnością wiązali z tym ruchem wielkie nadzieje na zmianę Polski, jednak decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego zniszczyła je, niemal w jednym momencie – wspomina ksiądz. Do kościoła na msze św. w tę niedzielę przychodziło nieco mniej ludzi niż zwykle. Wszyscy mieli kamienne twarze, bez uśmiechu i bez nadziei, bardzo zszokowani tym, co się stało. Księżom trudno było w tej sytuacji cokolwiek do ludzi powiedzieć podczas homilii i na zakończenie mszy św wszyscy odmówili modlitwę w intencji ojczyzny. Ludzie między sobą przekazywali wiadomości, kogo aresztowano albo czyj dom był przeszukiwany, wszyscy byli przerażeni. To były smutne dni, smutny adwent i także bardzo smutne święta Bożego Narodzenia, w czasie których brzmiały smutne kolędy. - A przecież to radosne święta i radosne kolędy, ale wszystkim trudno było nie myśleć o tym, co się dzieje w kraju i tylko cieszyć się ze świąt – słyszymy we wspomnieniach. Księża, którzy chodzili po kolędzie, wysłuchiwali w każdym domu, kogo zwolniono z pracy, kogo aresztowano oraz o wielu innych problemach parafian. Niektórzy księża po kryjomu starali się pomagać. W trzecie środy miesiąca odbywały się nowenny w intencji ojczyzny, w które angażowali się też działacze Solidarności. To oni w ten dzień przynosili do kościoła świecę w koronie, na której były znaczki Solidarności (świeca przetrwała do tej pory, w archiwach mieleckiej parafii). Co prawda nie było cenzury, ale gdyby jakiś ksiądz na kazaniu powiedział coś, co mogłoby się nie podobać, to odpowiednie osoby dawały mu o tym znać.- Przychodzili tajniacy i mówili, że coś jest nie tak. Nigdy oficjalnie nikogo nie ukarali, ale pewnie na swoich listach mieli wypisane, kto co mówi. Oczywiście wiedzieli, co jest mówione na kazaniach, bo każdą msze nagrywali, a i dobrze, bo przynajmniej chociaż tyle mogli się dowiedzieć o Panu Bogu. - Po 22 lipca 1983 roku, kiedy zniesiono stan wojenny, na pewno ludzie odetchnęli z ulgą, ale trudno nazwać ten stan optymizmem – podkreśla ksiądz i dodaje. - Na pewno Polska byłaby inną Polską, gdyby nie było stanu wojennego i gdyby entuzjazm ludzi i zapał do zmian wykorzystano przed grudniem 1981 r. Polska byłaby w innym miejscu, niż jest teraz. Na pewno nie byłoby tylu podziałów, które są teraz i przeszkadzają w budowaniu wspólnego dobra, jakim jest ojczyzna. Na szczęście w tamtych okropnych czasach idee walki o Polskę podtrzymywał Jan Paweł II, który zawsze podkreślał, że mówi za siebie i za tych, którzy nie mogą mówić tego, co czują, w Polsce. Anna Bratek Współpraca Patrycja Augustyn i Krzysztof Babiarz Odsłon: 899
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 |
||||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| REGULAMIN PLEBISCYTU OSP |
| witam Państwa, chciałam zapytać czy jest ... |
| Więcej... |
| Mielczanie będą budować odrzut... |
| bardzo ladny towar |
| Więcej... |
| Buszujący w kawie |
| :? |
| Więcej... |
| Paweł i Gaweł w jednym żyli do... |
| Mi pare lat temu naliczyli 3000zl zaw ode ze ... |
| Więcej... |
| Chodnik donikąd |
| ja bym chciała skomentować mój ostatni pobyt ... |
| Więcej... |
| Kronika policyjna 05/2012 |
| Chciałem sie dowiedziec czy to jest normalne ... |
| Więcej... |
TELEGRAM KORSO
Budzyński i Armia
Tego nie możesz przegapić! Spotkanie z Tomkiem Budzyńskim odbędzie się dzisiaj (18.05) o godz. 18.00 w Klubie Muzycznym STUDIO przy ulicy Pułaskiego 2A, Artysta jest liderem zespołu muzycznego Armia. więcej
PZL wyprodukuje struktury lotnicze odrzutowca
PZL Mielec, będąca częścią Sikorsky Aircraft, podpisała kontrakt z amerykańskim producentem samolotów. więcej
Uwaga! Utrudnienia na ul. Kościuszki
W związku z prowadzoną przebudową ulicy Kościuszki, wykonawca prac informuje o utrudnieniach, jakie nastąpią w najbliższych dniach. więcej
Będziemy mieć strefę kibica
W Mielcu powstanie tzw. strefa kibica. Wspólne oglądanie meczów na ogromnym leadowym ekranie będzie się odbywać w miejscu sezonowego lodowisko. więcej